Gruzja – kraj miłych ludzi

Naprawdę i bez jaj. Nigdy nie byłam w miejscu, w którym ludzie są tak bezinteresownie otwarci i mili. Jak zobaczycie po zdjęciach, nie jest to podróż z ostatnich lat, więc za ich jakość przepraszam, ale musiałam się podzielić tamtymi wrażeniami i zachęcić Was do odwiedzenia tego magicznego miejsca na Ziemi.

Polecieliśmy ze znajomymi do Tbilisi z otwartą głową i pobieżnym planem tego, co chcemy zobaczyć. W stolicy Gruzji byliśmy w bardzo wczesnych godzinach porannych, więc żeby niepotrzebnie nie budzić naszych pierwszych gospodarzy, przesiedzieliśmy 2 godzinki nad kawą grając w karty w lotniskowym Burger Kingu, gdzie można było popalać szlugi (przynajmniej wtedy, w 2013-tym). Przed wyjazdem nasłuchaliśmy się, że bardzo trzeba uważać na lotniskowych taksówkarzy, którzy nagminnie próbują naciągać turystów. Nieśmiało więc opuszczamy terminal i natychmiast oblega nas grupka kierowców oferujących transport. Uparcie brnąc przed siebie szukamy środków miejskiego transportu. Zostajemy jednak przechwyceni przez pana, który sprawdzając, pod jaki adres się udajemy – podaje nam uczciwą cenę z góry. Troszkę otumanieni nocnym lotem i niepokojem o burdę z taksówkarzami, podchodzimy do mercedesa “beczki”, trochę zdziwieni przyglądamy się fragmentom europalet (?), które kierowca wyjmuje z bagażnika robiąc miejsce na nasze walizki, drzwi się zatrzaskują i.. jedziemy. Cena, patrząc na długość kursu, okazuje się bardziej niż uczciwa. Sama podróż taksówką jest dość ciekawa – przedmieścia są pełne pustostanów, udaje mi się zobaczyć drzewo wyrastające ze starego grata samochodu. Krajobraz przedmieść jest bardzo różny od tego, do czego europejski turysta nawykł odwiedzając bardziej popularne kierunki.

Nocleg mieliśmy zaklepany mailowo. Po wysadzeniu z taksówki mamy mały kłopot, żeby zlokalizować adres, ale zaraz podchodzą do nas policjanci chętni do pomocy (choć muszę przyznać, że z karabinami na ramieniu wyglądali dość groźnie). Jeden wykonuje kilka telefonów z prywatnej komórki i zanim się obejrzeliśmy, gospodarz już pomagał nam wnieść walizki po schodach. Niestety, na miejscu okazuje się, że nie dogadaliśmy się co do ceny, bo odpowiedź na mojego maila poszła do SPAMu. Chcemy się zmywać poszukać nowego miejsca na nocleg, ale gospodarz kategorycznie sadza nas za stołem, jego żona parzy nam herbata, a on po 2 kwadransach wraca z informacją, ze u jego znajomych możemy zatrzymać się za cenę, której się spodziewaliśmy. Wyobrażacie to sobie!? Przewidujemy podróż na walizkach, więc pytamy naszych nowych gospodarzy, czy moglibyśmy wstawić pranie i poza tym, że się zgadzają, po naszym pierwszym spacerze po mieście okazuję się, że nam to pranie wywiesili. Przepraszam, jeśli zanudzam Was szczegółami, ale do tej pory nie mogę uwierzyć w to, jak bezinteresownie uczynni byli dla nas Gruzini.

Samo Tbilisi jest mieszanką tradycji, nowoczesności i niestety – biedy. Wystarczy zapuścić się w jedną z wąskich uliczek starówki, by wyjść na niebrukowaną drogę między sypiącymi się budynkami. Nie czułabym się w porządku robiąc tam zdjęcia, więc pozwólcie mi przejść do głównych atrakcji miasta z migawek powyżej. Po mieście poruszaliśmy się pieszo, jazda samochodem byłaby nie lada wyzwaniem, bo drobne stłuczki są tu na porządku dziennym, kierowcy średnio przywiązują wagę do znaków i sygnalizacji, co widać po “pajączkach” na przednich szybach aut. Przez kilkupasmową ulicę przechodzi się na kilka razy.
Krajobraz centrum jest dość nowoczesny, siedziby banków, wieżowce, czy ładnie oświetlony nocą Most Pokoju nie odbiegają od widoków z innych metropolii europejskich. Stara zabudowa jest za to bardzo specyficzna i nam bardzo przypadła do gustu. Na pierwszym zdjęciu powyżej możecie zobaczyć klasyczny jej przykład + atrakcja: kelner myjący okna bez zabezpieczenia na imponującej wysokości. Jesteśmy również pod niemałym wrażeniem dowiadując się, że piękne siarkowe łaźnie miejskie w dzielnicy Abanotubani mają aż 1500 lat i w dalszym ciągu świetnie funkcjonują! Widokówkowa jest już krzywa wieża zegarowa, która pomimo zabytkowej aparycji była wzniesiona dopiero w 2010 roku. Fajną atrakcją jest możliwość oglądania miasta z kolejki linowej na rzeką Kurą. Warto też zarezerwować w kalendarzu slot na wizytę w podmiejskim muzeum etnograficznym. Zajmuje ono spory obszar, podzielony na mniejsze sekcje, z której każda odpowiada innego regionowi Gruzji, opowiada jej historię, pokazuje jak kiedyś żyli tu ludzie. Zaraz dalej jest Mccheta, jedno z najstarszych miast Gruzji, wpisane na listę UNESCO. Jedliśmy tu chyba najlepsze chaczapuri w małej restauracji w rynku.

Po całodziennym zwiedzaniu i pysznej kolacji, rozpytujemy jak najlepiej dostać się na Gruzińską Drogę Wojenną i Kazbeg. Okazuje się, że najlepiej wynająć samochód z kierowcą, więc badamy grunt w rozmowach z kilkoma taksówkarzami. Udaje nam się wynegocjować naprawdę niezły deal, więc podekscytowani nadchodzącym dniem wracamy na nocleg. Kolejnego dnia rano odbiera nas Pan Kierowca i jego “beczka” z obowiązkowymi pęknięciami na szybie. Na śniadanie kupujemy w piekarni pyszne i jeszcze gorące gruzińskie chlebki przypominające trochę naan i w podobny sposób wypiekane i świeże pomidory. Niby proste jedzenie, a jaka uczta!
Gruzińska Droga Wojenna ma nieco ponad 200 kilometrów od Tbilisi do
Władykaukazu, a pamięta jeszcze czasy starożytne. Jej najwyższy punkt ma prawie 2400 metrów, więc widoki, które rozpościerają się po drodze zapierają dech. Zatrzymujemy się na chwilę przy Pomniku Przyjaźni Gruzińsko-Rosyjskiej, wybudowany końcem lat 80. ubiegłego wieku nabiera specyficznego wydźwięku w kilka lat po wojnie w Osetii Południowej. Coś jak Pałac Kultury w naszej rodzimej Warszawie. Niezykle malowniczo prezentuje się twierda Ananuri usytuowana nad turkusowo-zielonym jeziorem. Kierowca opowiedział nam, że zbiornik jest sztuczny (w co aż trudno uwierzyć) i podczas jego budowy komunistyczne władze chciały zalać twierdzę wodą, co na szczęście nie doszło do skutku. Przy wejściu do twierdzy koczuje gromada psów, czym na początku jesteśmy trochę wystraszeni, bo niektóre są niemałe. Jak poźniej się okazuje, pieski w Gruzji są wszechobecne i przyjaźnie nastawione. Do celu podróży, góry Kazbeg docieramy około południa, aby wejść na szczyt, na którym znajduje się prawosławny klasztor Świętej Trójcy (Cminda Sameba, 2170 m. n.p.m.) można obrać dwie drogi, my decydujemy się na tę krótszą, a więc bardziej stromą. Jest to niemały wysiłek, ale wkrótce popłaca imponującymi widokami. Kazbeckie piwo po zejściu również smakowało jak żadne inne 😉 Za taki całodniowy trip dla 4 osób zapłaciliśmy 100 lari (GEL), czyli po ówczesnym kursie około 180 złotych.

Następnym przystankiem naszej wycieczki jest Gori, znane jako miejsce urodzin Józefa Wissarionowicza Dżugaszwiliego – Stalina. Nie byliśmy przygotowani na nocleg, ale po krótkim rozeznaniu lądujemy w pokojach właściela lokalnej winnicy. Warunki trochę spartańskie, ale czysto, jest mały ogród, a i wino dobre. Główną atrakcją miasta jest muzeum Stalina, gdzie przeniesiono nawet dom, w którym się urodził. Skromna chatka jest osłonięta kolumnami rodem z Bramy Brandenburskiej, mamy tu kuloodporny wagon, którym Stalin podróżował i cały zestaw prezentów od innych państw, przyjacielskich z woli własnej lub nie. Jednym z darów są na przykład złote żyletki do golenia, z Polski mamy tu szkaradny zestaw porcelany wałbrzyskiej, który, łudzimy się, miał być prztyczkiem w nos dla czerwonego brata.

Kolejne kroki kierujemy do Bordżomi, gruzinśkiej Krynicy – malowniczo położonej w górach Małego Kaukazu, słynne dzięki leczniczym wodom zdrojowym. Są one mocno napowietrzone jak i zmineralizowane, ale mnie to odpowiada. Miasto przegrało bój o organizację Olimpiady 2014 z rosyjskim Soczi, co według mnie było mocno polityczne, zważając na niedawny konflikt zbrojny i pokojowy charakter imprezy.
Po wycieczce kolejką linową podziwiamy naprawdę ładny park zdrojowy i znów miły lokalny akcent, spacerująca z synkiem pani kupuje parę butelek wody od sprzedawcy na rowerze trójkołowym z firmową lodówką i wręcza je nam witając w swoim rodzinnym mieście. Zbierając się do drogi wracamy do miejscowej piekarni, w której przemiłe panie zgodziły się przechować nam bagaż. Na drogę dostajemy kilka chlebków i kategoryczne sprzeciw, gdy chcemy za nie zapłacić. Gościnność level milion.
Tylko na chwilę zatrzymujemy się w Kutaisi, więc nie będę się tu o nim rozpisywać. Poza Katedrą Bagrati, nie zobaczyliśmy zbyt wiele.

Zmierzając do Wardzii wybieramy marszrutkę, lokalne busy służące do przewozu wszystkiego i wszystkich – bus typu ford transit okazuje się mieści 2 razy tyle ludzi i sprzetów, niżprzewiduje ustawa. Podróżujemy z żywymi kurczakami i królami w klatkach, na dachu poprzywiazywane są dziecinne rowerki, puchoe kołdry i inne obra. Aby, jako turysta, stać w marszrutce trzeba się nieźle natrudzić, bo każdy, nawet 80-letni dziadek chcę ustąpić Wam miejsca. Podróżujemy przez góry, nad szczelinami sklanymi przełykam ślinę, a potem gęba się śmieje, na widok chłopca, który dostaje swój wyczekany rower. Drobnym mankamentem 😉 są wychodki, na modłę północnych Włoch będące w budowanymi w podłogę otworami, jednak nie tak czystymi jak u południowców. Docieramy do Wardzii, gdzie ponoc czeka na nas nocleg w hotelu o peerelowskim stylu. Drzwi sąco prawda otwarte, ale w środku nikogo nie ma. Kierujemy się więc do lokalnego baru, gdzie miejscowe chłopaki słuchają specyficznej muzy puszczanej z bagażnika starego BMW. Trochę nieśmiało siadamy i odpalamy po papierosie, dresowi lokalsi pytają skąd przyjechaliśmyi gdy dowiadują się, że z Polski stawiają po piwie i pytają.. czy nie szukamy noclegu. To był los na loterii.
Śpimy u Tamaza i jego żony Tiny, lokalnych gospodarzy, którzy udostępniają pokoje do spania. Warunki są bardzo proste, woda pod prysznicem zimna, a sprężyny w materacu uwierają, że ciężko spać, ale to właśnie u nich czujemy się jak w domu i ich twarze przychodzą na myśl pierwsze, gdy wspominam Gruzję. Za nocleg zapłaciliśmy około 70 złotych od łba, w tym śniadanie i obiadokolacja. Warto tu zaznaczyć, że poza mięsem, wszystkie produkty są ich własne, od sera, śmietany, warzyw i owoców przez miód, dżemy, czy chleb po wino i bimber. Gdy siadamy do kolacji stół się ugina od dobroci, dzielimy go z parą znajomych ze Stanów i panią z Rosji z dwoma córeczkami. Gospodarz opowiada o synach, którzy walczyli na wojnie, a teraz są na misjach, pokazuje ich zdjęcia, a gospodyni sprawdza, czy niczego nikomu nie brakuje. Po chwili przynosi z góry walizkę wypełnioną pamiątkami, które dostali od gości przez lata prowadzenia gościńca. Są tam wchlarze z Japonii, flaga Brazylii, czy kryształowe kieliszki do wódki. My, z braku lepszego pomysłu, zostawiamy koszulkę piłkarskiej reprezentacji Polski. Ciężko jest odmawiać kolejnych porji pyszności i kolejek specjałó gospodarza, więc na spoczynek udajemy się dość późno. Wstajemy skacowani, ale na nogi stawia nasz pyszne śniadanie Tiny. Po drodze na skalne miasto zatrzymujemy się kilka razy przy wodopojach i nagle trąbi na nas bus wypełniony turystami oferując podwózkę. Pakując się do środka, nie mamy pojęcia, że jak tylko zatrzasną się za nami drzwi, przewodnik wesołej wycieczki wyjmie zza fotela dwulitrową butlę stolicznej, aby wznieść toast. To był najgorszy toast w moim życiu, do tego zagryziony oliwką z chili %)
Samo skalne miasto jes piękne, krajobraz sielankowy, a powietrze i woda krystalicznie czyste. Historia miasta sięga XII wieku, w sile rozkwitu skalne miasto liczyło kilkanaście kondygnacji i mogło pomieścić dziesiątki tysięcy ludzi. Przez lata niszczone przez trzęsienia ziemi i mongolskie najazdy, w tej chwili utrzymywane jest przez kilku mnichów i nadal robi duże wrażenie.

Pobudkę funduje nam młoda krówka zaglądająca przez okno, po ostatnim śniadaniu, ze smutkiem opuszczamy Wardzię, by udać się nad morze do Batumi. Jedziemy pociągiem, gdzie za śmieszny koszt wykupuje sięmiejsca siedzącę. Standard trochę peerelowski, ale za tę cenę jest bardziej niż ok.
Z naszego punktu widzenia Batumi można sobie śmiało odpuścić, by spędzić więcej czas we wcześniej wspomnianych miejscach. Widoki na Morze Czarne czy ogród botaniczny są co prawda piękne, a ludzie przyjaźni, ale samo miasto jest bardzo nowoczesne, a nie tego szukam podczas wakacji. Kilka migawek poniżej, żebyście wiedzieli, czego można się spodziewać i zadecydowali sami czy warto.

Osobny post można by napisać tylko o gruzińskim jedzeniu, które nam bardzo przypadło do gustu. Chaczapuri, czy to adżarskie w kształcie wrzeciona z jajkiem pośrodku, czy serowe imeruli, obie wersje z pysznym sulguni to pierwszy przysmak, który prychodzi mi na myśl i który odtwarzam w domu. Słynne są również kinhali, gruzińskie pierogi w kształcie sakiewek z różnorodnością nadzień, te mięsne nadgryzamy, by najpierw wypić bulion. Nie tak znane, ale nie mniej pyszne sa pchali, roladki z pieczonego bakłażana z farszem z orzechów włoskich posypane ziarnami granatu – rewelacja! Pyszne świeże pieczywo wypiekane w tradycyjnych piecach, dojrzałe arbuzy i figi, soczyste brzoskwinie, szaszłyki nadziewane na wielkie szpady i pieczone w żywym ogniu nad paleniskiem. Chyba nic więcej nie trzeba pisać. No może tylko o tym, że Gruzini bardo lubią samogon (czaczę), który jest w zasadzie w standardzie noclegowym w ilośi 0,5 litra na parę, rozlane do plastikowych butelek po coli czy fancie. Polecany przy rewelacjach jelitowo-żółądkowcyh – sprawdzone 😉


საქართველო

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s