Oboje oczu na Maroko

Jeśli myślicie, że wakacje w Maroku to tylko “kurortówki”, bo napatrzyliście się na widokówki z hotelowych plaż Tangieru, czy Agadiru, to jesteście w błędzie.  Skierujcie kroki w trochę inną stronę, a nie pożałujecie. Uwaga post z dużą ilością zdjęć, więc nalejcie sobie szklaneczkę czegoś dobrego i przygotujcie się na scrollowanie w dół. Tym razem, nie potrafiłam wybrać tylko kilku zdjęć na miejsce, a swoje robi też fakt, że byliśmy w Maroku dwa tygodnie, z czego tylko raz spaliśmy dwie noce w jednym mieście. Wynajęcie samochodu to totalny mus.

Fes

Co rzuca się w oczy po wylądowaniu, to fakt, że ludzie się do Ciebie uśmiechają – pan z odprawy paszportowej, pani w kantorze, która wymienia Ci jurki na dirhamy (bo poza Marokiem próżno ich szukać), czy nawet ludzie oczekujący na swoich krewnych, czy gości na lotnisku. Reguła ta potwierdza się podczas całej naszej podróży – Marokańczycy, pomimo biedy, są życzliwi, otwarci i uśmiechnięci i poza kilkoma wyjątkami (które przecież są po to, by potwierdzić regułę, czyż nie?) niczego nie oczekują w zamian. Po powrocie do Polski chodziliśmy z Radkiem z bananem od ucha do ucha i, co mnie trochę zdziwiło, bardzo mało spojrzeń rzuciło “co się cieszysz jak głupi do sera!?”, a większość ludzi odpowiedziała.. też uśmiechem. Jest potencjał w narodzie! Tym pozytywnym akcentem pozwalam sobie rozpocząć relację z podróży do kraju tysiąca barw, imponujących widoków, nieskalanej ludzką ręką natury, pysznej kuchni, tryliarda kotów, osiołków i oczywiśćie, uśmiechniętych ludzi.

Jest samiutki koniec października, lądujemy w Fezie i już na lotnisku, śmigamy wynająć auto niezbędne podczas odwiedzenia Maroka, ale o tym już pisałam. Fez jest milionowym miastem z imponującą historią – założone pod koniec pierwszego tysiąclecia ma piękną medynę (stare miasto), która została wpisana na listę UNESCO, imponujące mury obronne, jeden z najstarszych uniwesytetów świata i szkołę koraniczną, która jest jednym z niewielu muzułmańskich obiektów dostępnych do zwiedzania dla “niewiernych”, czyly nie-muzułmanów. Wykończenie budowli to tak misterna praca, że szczęka opada do ziemi z impetem wszystkich 16 dolnych zębów – tysiące majolików, krużganki, marmur, sztukateria w drewnie i kamieniu, onyks. Próżno by wyliczać, słowa nie oddzadzą tego efektu i ogromu pracy, której wszystkie te detale musiały wymagać. Może zdjęcia pomogą… Mimo, że przywitał nas deszcz, który wykreślił z naszego planu wizytę w sławnych fezkich garbarniach, to wrażenia są niezapomniane. Jako pamiątkę, przywieźliśmy sobie piękny koc z wielbłądziej wełny, który kupiliśmy za 450 dirhamów (około 200plnów), jeszcze nienawykli do targowania się pewnie przepłaciliśmy, ale pomyślcie, ile kosztowałby koc z naszej rodzimej stuprocentowej owczej wełny… Dodatkowo, kupiliśmy go od pana, który zaprowadził nas na taras jednej z miejskich kamienic z warsztatem, gdzie tkane są właśnie koce i dywany maszynami, które wyglądają na skonstruowane wieki temu, jak również z pięknym widokiem na medynę.

Kolejną pinezkę na naszej korkowej mapie możemy zaznaczyć po odwiedzeniu błękitnego Szafszawan. Tu znów wita nas deszcz, ale nie przeszkadza to nacieszyć się wyjątkowym widokiem miasta, w którym zdecydowana większość budynków ma kolor niebieski. Przypomina mi się tu trochę włoskie białe Alberobello oraz greckie Santorini z błękitnymi okiennicami, które mają odstraszać komary. Nie ma tu wstępu dla pojazdów, uliczki są ciasne, kręte, pokonujemy wiele schodów, bo starówka jest usytuowana na górze (miasto jest położone na wysokości ponad 500 m.n.p.m.), odwiedzamy kilka z chyba setek sklepików z souvenrami, zaopatrujemy się w magnesy dla znajomych i piękny ceramiczny przyprawnik. Na obiad pałaszujemy pyszny tagine (wym. tażin) z jagnięciny z suszonymi śliwkami, morelami i migdałami popijając świeżo wyciskany i wszechobecny sok z pomarańczy. Warto wspomnieć, że koszt pełnego obiadu (przystawka + główne danie + deser + picie) to tutaj 50 dirhamów (lekko ponad 20pln) na osobę, jedzenie jest baaardzo dobre, a składniki z całą pewnością lokalne.

Po pysznym śniadaniu pakujemy się w auto i jedziemy do stolicy Maroka – Rabatu, z pięknym ceglanym minaretem górującym nad miastem, cytadelą, błękitnymi uliczkami Kasby Al-Udaja i Ogrodem Andaluzyjskim. Fale, które rozijają się o laternię morską i mury cytadeli są naprawdę ogromne zważając, że ciągle trochę pada i dosyć silnie wieje, fale są chyba bardziej imponujące niż zwykle, bo dużo miejscowych zatrzymuje samochody na parkingu i wychodzi popatrzyć w bezkres oceanu. Śpimy w Sale, mieście kiedyś odrębnym, a dziś będącym niejako satelitą stolicy. Będzie to nocleg, który na długo pozostanie w naszej pamięci. Śpimy w rjadzie zarządzanym przez czterosobową rodzinę, gdzie ewidentnie głową domu jest kobieta, która wita nas po francusku całując w oba policzki i sadzając przy rodzinnym stole z dwójką innych gości. Stajemy się uczestnikami rodzinnego obiadu, gdzie każdy sam nabiera swoją porcję z ogromnego talerza po środku stołu, do tego domowy chleb i obowiązkowa czarna herbata z miętą i sekretnym dodtkiem pani domu – wodą z kwiatów pomarańczy. Wszyscy domownicy są uśmiechnięci,  niewymuszenie mili, choć poza nastoletnim synem gospodarzy nie mówią po angielsku (a my po francusku!) wciąż wymieniamy pytania o polskie zwyczaje, a domownicy opowiadają jak to jest u nich. Po tak niespodziewanym przywitaniu domowym posiłkiem, po powrocie ze zwiedzania miasta wracamy z pyszną baklavą dla gospodarzy. Po prysznicu, gospodyni puka jeszce do naszych drzwi z dwoma miseczkami pysznej hariry, a na śniadanie czeka nas niemiej suty posiłek. Ważne, by wspomnieć, że oferta z airbnb obejmuje jedynie śniadanie, a to, co otrzymaliśmy to naprawdę dużo więcej niż tylko posiłek – byliśmy gośćmi w prawdziwym marokańskim domu, a nie klientami. Serdecznie polecam! Riad nazywa się Riyad les Mausolées.

W drodze do El Jadidy zahaczamy o Casablancę. I tu ostrzegam: nie należy pchać się tam samochodem, jeśli nie jest się doświadczonym kierowcą. Marokańczycy wyprzedzają po wewnętrzenej, skręcają w lewo z zewnętrznego pasa i ogólnie rzecz ujmując, nie kierują się ogólnie przyjętymi zasadami ruchu. Podczas, gdy ma to swój lokalny urok na prowincji, gdzie w ruchu drogowym uczestniczą też osiołki, w większym mieście (a Casablanca jest największym miastem Maroka licząc prawie 3,5 mln mieszkańców), to chaos i wolna amerykanka. Marokańczycy spoza Casablanki ostrzegali, że nawet oni boją się tam jechać. No ale cóż, pokusa zobaczenia jednego z największych meczetów na świecie, w dodatku ze wstępem dla niewiernych i to w filmowym mieście była na tyle silna, że się zdecydowaliśmy. Jaka wielka była nasza radość, gdy okazało się, że meczet jest zamknięty z powodu renowacji, tego nie oddzadzą słowa… Meczet jest wielki, mozaiki na zewnętrznych ścianach są piękne, ale największe wrażenie sprawia umiejscowienie świątyni nad brzegiem oceanu. Dodatkowymi atutami miejsca są rozsuwany dach, czy fragment podłogi wykonany ze szkła tak, że można zobaczyć przez nią ocean. Niestety, nie dane nam było tego sprawdzić. Może następnym razem. Samą Casablancę sobie odpuszczamy, krajobraz jest mocno przemysłowy, a wspomniany wcześniej nieposkromiony ruch drogowy skutecznie odstrasza.

El Jadida, nasz kolejny przystanek, jest miastem o rodowodzie portugalskim. Mamy tu niedziałający już klasztor cysterski, którego podłoga zalana jest wodą na wysokość około centymetra, co daje lustrzane odbicie krzyżowym sklepieniom, imponujące na 10 metrów grube mury obronne odgradzają miasto od strony Zatoki Perskiej, a działa armatnie wdzięcznie pozują do zdjęć przy zachodzie słońca. Sama forteca ma kształt gwiazdy. Ciekawostką jest fakt, że europejski charakter zabudowy miasta skłonił  Orsona Wellesa do nakręcenia ekranizacji Otella Szekspira. Jemy tu bardzo smaczną kolację w La Portugaise. Zamawiając tagine  z rybą nie spodziewaliśmy się tak sążnej porcji miecznika, wystrój restauracji również przypomina nam Europę, obrusy w biało czerwoną kratę, kelnerzy w liberii, jednak użyte przyprawy nie pozwalają zapomnieć, gdzie faktycznie jesteśmy. Bardzo dobre lokalne jedzenie dla fanów ryb i owoców morza. Udało też się nam kupić oryginalny gliniany tagine, na oko przekątna podstawy to z 32 cm za niecałe 20 złotych od uroczego pana, który obsługiwał swoje stoisko z kilkuletnim synkiem.

Jadąc wzdłuż wybrzeża dojeżdżamy do Essouiry, kolejnej portuglskiej twierdzy Maroka. Miasto jest również obwarowane murami obronnymi, ale charakter ma bardziej wsółczesny od El Jadidy, pełno tu kramów z rękodziełem i restauracji, ale klimat jest bardziej przytulny. Więcej jest też turystów, mamy tu szeroką plażę, port rybacki i przylegający do niego skwer z knajpkami serwującymi to, co rybacy wyłowili danego poranka. Ryby, krewetki, kraby, czy homary ułożone są równiutko na lodzie. Nie możemy sobie odmówić tej przyjemności i zamawiamy doradę i krewetki, które kucharz przy nas oprawia i grilluje na otwartym ogniu – pycha! Na zachód słońca udajemy się do jednej z licznych restauracji w mieście, które dysponują tarasem z widokiem na ocean. Widok jak i wystrój miejsca są bez zarzutu, jedzenie za to dużo gorsze niż w porcie – zarówno droższe, jak i mniej smaczne. Jedliśmy tu jedno ze sztandarowych dań regionu – pastillę. Są to różne owoce morze (jest też wersja mięsna), zawinięte w sakiewkę z ciasta filo i przyprawione… na słodko! Zjeść – zjadłam, ale drugi raz bym nie zamówiła.

Żeganamy Essouirę, marokańskie St. Tropez, kolejnego dnia rano i wybieramy się do chyba nasłynniejszego miasta Maroka – Marrakeszu. Tu spotyka nas niemiła przygoda, bo chłopak, który zobaczył jak parkujemy samochów i otwieramy google maps, aby znaleźć rijad, zaoferował nam pomoc, by później zarządać zaskakująco wysokiej sumki “za fatygę”. Normalnie nie zapłacilibyśmy, ale baliśy się, że chłopak porysuje nam wynajęty samochód, Radek stargował cenę i zostawiliśmy ten niemiły incydent za sobą. W podobnych sytuacjach, radzę albo z góry zgodzić się, co do ceny za usługę lub stanowczo podziękować. Marrakesz położony jest nieopodal gór Atlas, który możemy podziwiać z dachu naszej noclegowni będąc w centrum miasta. Robi to niemałe wrażenie, w upale spoglądać na ośnieżone szczyty… Centrum Marrakeszu to jeden wielki suk, sprzedawcy nakłaniają do kupna swoich produktów i są skorzy do zbijania ceny o nawet 80%. Kupujemy tu piękny koc 2x3m z pomponami, skórzaną ręcznie zdobioną torebkę i metalowy dzbanek do serwowania marokańskiej miętowej herbaty. Musieliśmy dopłacić Ryanairowi za dodatkowy bagaż, ale było warto – ceny za rękodzieło są bardzo niskie, a pamiątki zostaną z nami na lata. Odwiedziliśmy tu nieskończoną liczbę straganów, piliśmy sok z granatów, trzciny cukrowej, jedliśmy baranie kofty i tak posileni udaliśmy się zobaczyć cmentarz sadycki. Sadyci byli dynastią bardzo zasłużonądla Maroka, które zjednoczyli, zreformowali armię  i odparli turecki atak. Przepych nekropolii mówi sam za siebie – naród był i jest im wdzięczny – miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia, jest wspaniałym przykładem lokalnej architektury z koronkowymi rzezbieniami w marmurze i drewnie. Ostrzegam jednak, że swoje trzeba odstać w kolejce. Zbliża się wieczór, więc spieszymy z powrotem do centrum na plac Jemaa El-Fna – wpisanego na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO.  Przy akompaniamencie bębnów opieramy się naganiaczom ze stoisk z jedzeniem, chcąc najpierw zobaczyć co warto wybrać. Nie zachodzimy jednak daleko, przekonuje nas pan wykrzykujący hasła Magdy Gessler i Makłowicza i biegnący w naszym kierunku z listą, co może zaoferować do jedzenia, i że nie warto iść dalej, bo wszędzie jest “the same shit”, a oni oferują darmową herbatę (jak się okazuje również jak wszyscy). dajemy się przekona i nie żałuję. Na Jamaa El-Fna super jest to że nie dość, że jedzenie jest suma summarum bardzo tanie, to można zamówić dużo mniejszych porcji i popróbować wszystkiego. Wygląda na to, że dużą część urlopu przesiedzieliśmy jedząc, ale jak tu się oprzeć?! Świeże i suszone owoce, oliwki, kiszone cytryny, soki, ryby, jagnięcina i te przyprawy.. no i herbata, pyszna herbatą, którą po marokańsku z wysoka nalewamy teraz Polsce z naszego nowego dzbanka.

Wpis już jest bardzo długi, więc chyba Maroko będę musiała rozbić na dwa posty, żeby Was nie zanudzić, bo to dopiero półmetek naszej podróży.

 

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s