Bella Italia

Do Włoch jeździmy chyba najczęściej ze wszystkich miejsc. To wyjątkowy raj ze wspaniałą historią, piękną architekturą, cudowną kuchnią i otwartymi ludźmi. Zwiedziliśmy wiele miast, byliśmy w Wenecji, Bolonii, w Weronie, odwiedziliśmy Mediolan, Triest, Florencję i Rzym. Nie potrafiłabym nazwać miejsca, które podobało nam się najbardziej, ale wiem, że wakacje, które z włoskich podróży wspominamy najczęściej, to pobyt w Apulii (Puglia).

casteldelmonte.png

Tak, powyższe cudeńko widnieje na włoskiej eurocentówce, a mimo to mało kto ze znajomych czy blogerów odwiedził to właśnie miejsce. My również trafiliśmy na nie trochę przypadkiem. Chcieliśmy wybrać się na wakacje gdzieś w miarę niedaleko i biorąc pod uwagę skromny budżet, a z Wrocławia z tanich lotów do Włoch mogliśmy wybrać Bari lub Bergamo, gdzie już byliśmy. Dzięki Ci Bożenko, że wybraliśmy Bari! Apulia jest miejscem magicznym, więcej tu Włochów na wakacjach niż turystów spoza buta, naokoło gaje oliwne i winnice, piękne widoki i przepyszne jedzenie w cenach, które mogą pozytywnie zaskoczyć.

Pierwsze kroki kierujemy właśnie do Castel del Monte, zamku zaliczonego do grona światowego dziedzictwa UNESCO. Zbudowany w XIII wieku, nie został zamieszkany, za to po drodze został więzieniem, ostoją myśliwych, schronieniem przed zarazą i powoli popadał w ruinę. Został odrestaurowany dopiero w XX wieku. Mimo, że na pierwszy rzut oka nie wygląda okazale, jest naprawdę pokaźnych rozmiarów. Po drodze zatrzymujemy się na spacer po jednym z licznych gajów oliwnych.

W drodze powrotnej, zatrzymujemy się Materze (nie mylić z Maderą), miejscowości, która jak wehikuł czasu, przenosi nas w inną rzeczywistość. Jest to jedna z najstarszych miejscowości na świecie. Gdyby nie ludzie we współczesnych ubraniach i anteny satelitarne, myślałabym, że zza rogu zaraz wyskoczy Maria Magdalena 😉 A to za sprawą “Pasji” Gibsona, któremu to właśnie Matera posłużyła za Jerozolimę z początku ubiegłego tysiąclecia. Zwiedzając miasto, często chodzi się po dachach zabudowań, spacer jest dość wyczerpujący, bo miasto ulokowane jest na wzgórzu. Nie można tu wjechać samochodem, uliczki są kręte i wąskie. Na kolację udajemy się do ulubionej knajpki Mela – Tratorii Lucana. W karcie jest nawet pasta alla Mel Gibson, którą zamawiamy po zjedzeniu przystawek. Jedzenie jest wyborne, a właściciel przemiły. Przy stoliku nieopodal jest jakaś rodzinna siesta, przy której się uwija, ale co chwila z doskoku dorzuca nam różne dania z ich stołu do spróbowania.

matera.JPG

Śpimy w mieszkaniu wynajętym przez airbnb. Mieszkanko ma duży taras, gdzie prawie codzinennie jemy śniadania (burrata! dostępna na każdym kroku), jest ulokowane bardzo wygodnie w centrum Barletty, która jest dobrą bazą wypadową do wyjazdów i przyjemnym miasteczkiem. Parkujemy na chodniku, na znakach jest określone, w jakich godzinach parkowanie jest bezpłatne. Parkowanie jest solidnym wyzwaniem do obcokrajowców, normą jest parkowanie zderzak w zderzak, a oznakowanie też nie jest do końca jasne. W razie potrzeby, miejscowi zawsze dadzą znać, czy można w danym miejscu zostawić auto. Samochód wynajęliśmy na lotnisku i aby zmaksymalizować szansę na parking poszliśmy w smarta z opcją cabrio. Uważam, że to auto idealne na takie wypady, zamieniłabym je tylko na starego fiata pięćsetkę. Jak wspominałam, Barletta jest bardzo przyjemna, ma uroczą, pięknie oświetloną starówkę i kilka pizzerii otwartych do późna w nocy, więc można się posilić po całodniowym zwiedzaniu.

Kolejnego dnia wybieramy się do Trani, nad morze. Rozkładamy się przy nasypie prowadzącym do małej zielonej latarni morskiej. Nie ma tu plaży, są za to bardzo duże kawały piaskowca, na których mieści się cały ręcznik kąpielowy. Trzeba umieć pływać, bo nie ma zejścia do wody, od razu jest głeboko. Woda w Adriatyku jest lazurowo czysta, a z drugiej strony mamy piękny widok na romańską katedrę z majestatyczną, wciąż pełniącą swoją funkcję dzwonnicą oddzieloną od morza jedynie murem. Kościół wziesiono w XI wieku. Jest środek tygodnia, kąpielisko jest prawie puste nie licząc kilku rybaków, ale około dwunastej ta swego rodzaju plaża, zaczyna się zaludniać, wpada nawet kilka osob ewidentnie z pracy, pod garsonką strój kąpielowy, w torebce foccacia, chwila kąpieli, potem brunch na ręczniku i z powrotem do pracy (na rowerze, a jakże!). Jedliśmy tu pyszne panino z ośmiornicą.

W nastęnej kolejności udajemy się do Polignano a Mare, żeby zobaczyć jedną z najsłynniejszych plaż południowych Włoch. Nie powiem, robi wrażenie, ale wszędzie jest tylu ludzi, że po pozytywnych doświadczeniach z Trani uciekamy trochę spłoszeni. Choć muszę przyznać, że plaża i jej malownicze ułożenie między zabudowaniami robią wrażenie.

Resztę dnia spędzamy na plaży, której nie wygooglowaliśmy, a pokierowały nas tam miejscowe drogowskazy napisane na drewnianych tabliczkach. Plaża jest płatna (kilka euro), bo jest przy hotelu, ale miejsca jest aż nadto, a widoki nieziemskie. Plaża między jaskiniami, błękitne morze i złoty piasek.

Wieczór spędzamy w Cisternino i w mieście koronek – Locorotondo. Nie mogłam sobie odmówić i kupiłam parę czarnych, ręcznie robionych kolczyków z koronki. Oba miejsca są sielankowe, dominuje biel, a miejscowi starsi panowie uśmiechają się do obiektywu. Żółte światło przed zmierzchem pomaga wydobyć z obu małych miejscowości klimat dawnych lat.

Pocztówką Apulii jest miejscowość, do której skierowaliśmy kolejne kroki – Alberobello, bo o nim mowa, to prawdziwa perełka. Wszystkie domki na starówce to okrągłe chatki ze spadzistym dachem. Trochę smerfno-bajkowe, ale jednak czuć lata tradycji i szacunek do niej – wszystkie domki są białe, a dachy – szare. Jednolitość ta jednak nie powoduje monotonii, a potęguje bajkowość miejsca. Miejsce, do którego trafiamy na kolację, to prawdziwy hit! Poczytaliśmy trochę o nich w necie i skoro wszyscy polecali antipasti, to zamówiliśmy zestaw przystawek dla dwojga + dwa główne dania. I to był bład… choć jeśli byłoby mi dane być tam znowu, przez czyste łakomstwo zamówiłabym to samo. Talerz przystawek to koszt rzędu 15 euro. Po chwili oczekiwania, na stół wjeżdża 7 [sic!] talerzy przystawek: burrata, lokalne wędliny, papryczki, karczochy. Głodni, rzucamy się na jedzenie zapijając winem i gdy kelner podchodzi z kolejnymi talerzami, spodziewamy się głownych dań. Nasze miny mówią same za siebie, bo pan z bananem od ucha do ucha, serwuje nam kolejną rundę siedmiu przekąsek, tym razem na ciepło. Nie mamy już miejsca na główne dania, ale wszystko jest tak dobre, że nie odchodzimy od stołu. A must-visit!

Jadąc przez Apulię z miejsca na miejsce, nie opuszcza nas dobry humor. Krajobrazy są piękne, wiejskie, bez dużego ruchu. Przy drodze są stoiska z lokalnymi specjałami, drogą kupna można nabyć grappę, limoncello, miody, suszone pepperoncini, oliwki, oliwę, wino i o wiele więcej. Kilka migawek z trasy, poniżej:

Monte Sant_Angelo

Chciałam tu wspomnieć, że na codzień z Radkiem nie jemy mięsa. Robimy sobie dyspensę na wakacjach. Zawitaliśmy do jednej z miejscowości z założeniem, że zjemy “coś, co miało twarz”, ale nie spodziewaliśmy, że przekroczymy limit o… co najmniej kilka razy. Mowa znów o Cisternino, a miejsce to Zio Pietro, czyt. mekka mięsożerców. Bez kitu, to stolica rzeźników. Knajpy nie są knajpami, a sklepami mięsnymi z gastronomicznym zapleczem. Cóż, raz kozie śmierć (dosłownie i w przenośni), zakradamy się do jednego z licnych szynków. Zamawia się tu obiad od pana za kontuarem, po czym kelnerzy przynoszą to, co zwarzono za ladą do stolika na zewnątrz po szybkiej obróbce. Są to kiełbaski, żeberka, medaliony. Czego tylko drapieżnik sobie zapragnie. Doświadczenia – niezapomniane! Zwróćcie uwagę, jaka piękna miejscowa ceramika.

Nie sposób ominąć też Gravina il Puglia. Piękne miasto usytuowane na wzgórzu nad doliną rzeki.

sielanka.png

Niestety, w wakacjach najgorsze jest to, że kiedyś się kończą. Jadąc przez Molfettę do Bari na lotnisko, zatrzymujemy się coś zjeść, ale większość miejsc jest jeszcze zamknięta. Kierujemy więc swoje kroki do La Giostra. Czeka nas tu kolejna miła przygoda, po wpałaszowaniu tagliatellle al ragu i wybornego szaszłyka z ośmiornicą, uznajemy, że kropką nad i będą arancini. Jest to sycylijski przysmak z ryżu nadziewany serem i czasem boczkiem, który widnieje jako jedno z antipasti w knajpie. Pechowo, okazuje się, że arancini się skończyły ;-( Prosimy więc o rachunek i gdy już mamy się zbierać, grupka Włochów przy stoliku obok zatrzymuje nas wręczając po jednym arancini ze swojej sterty. Na drogę. Grazie mille!

O czym jeszcze warto wspomnieć, to to, że we Włoszech mamy siestę, więc knajpki od najlepszych po te lokalne zamykają się po obiedzie i są otwierane ponownie wieczorem (w międzyczasie są zamknięte lub otwarte tylko na drinki). Warto więc dostosować swój rytm dnia, aby nie chodzić głodnym. Jednym z miejsc, gdzie poszliśmy i chcieliśmy złożyć zamówienie trochę się naczekaliśmy. W końcu podeszła kelnerka, zaprosiła do środka na drinka i powiedziała, że otwierają kuchnię za pół godziny. Było warto poczekać, pizza z owocami morza urwała d…, a na ekranach leciał mecz towarzyski Włochy vs Hiszpania z cudownym Gigi na bramce. Mimo, że Włosi wtedy przegrali, klimat był przedni i ze względu na fakt, że nie działał automat z papierosami, barman (właściciel?) odstąpił nam swoją paczkę.

pizza frutti di mare.png

Podsumowując, myślę, że warto napisać, że ogólnie mamy z Radkiem szczęście, jeśli chodzi o ludzi, a Apulia bije resztę miejsc na głowę (no, może poza Gruzją, o której napiszę innym razem), spotkaliśmy tu wielu bardzo miłych, otwartych ludzi. To wyjątkowe miejsce, które warto (po stokroć warto!) odwiedzić. Wrócimy!

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s