Nasz US Trip

Nasza podróż do Stanów była naprawdę wyjątkowa. Udało nam się wyhaczyć bilety do Kalifornii z Berlina za 700 PLN dzięki Wakacyjnym Piratom i error fare. Właśnie wracaliśmy do Wrocławia po weselu w Olkuszu i pojawił się post na fejsbuku. Poszliśmy na całość i… udało się! Wylecieliśmy końcem stycznia, pobyt trwał 11 dni. Staraliśmy się zobaczyć jak najwięcej, więc mam nadzieję, że nasza wycieczka okaże się pomocna przy Waszym planowaniu podróży. Bo jeśli zastanawiacie się, czy warto jechać do Kalifornii – zapewniam: warto!

Lot był przesiadkowy i na wstępie zaznaczam: nawadniajcie się! Pijcie dużo wody i próbujcie się wyspać. Łatwiej napisać, niż zrobić – sama mam flight fright, ale trzeba skumulować siły, aby mieć energię na odkrywanie “Nowego Lądu”.

Wylądowaliśmy wieczorem w Los Angeles i pierwsze kroki, jako fani Lyncha, skierowaliśmy na Mullholland Drive. Widok wyjątkowy, dający niezwykłą zapowiedź tego, co nas czeka.

mullholland

Zwykle, szukając noclegu korzystamy z airbnb, bo fajnie jest poczuć miejsce “od środka”, poczuć się choć trochę, jak miejscowy, a nie jak gość hotelowy.  Pierwszy nocleg spędzamy w Inglewood. Przez jet lag wstajemy bardzo wcześnie i udajemy się do Obserwatorium Griffitha z pięknym widokiem na całe miasto i na słynny znak Hollywood. Ze względu na krótki czas, jakim dyspomujemy, nie wchodzimy do Obserwatorium, jest jeszcze zamnkięte, a my mamy tyle do zobaczenia. Warto zaznczyć, że właśnie w LA zjedliśmy najlepszy ramen w życiu (2 razy).

james deanhollywood

Skoro jestem fanką kinematografii, nie mogłam nie pójść do Bubba Gump w Santa Monica. Może i sieciówka, ale to pierwsze miejsce, gdzie mogliśmy poczuć atmosferę Stanów. Ludzie są bardzo otwarci i mili, kelner siada z Tobą na chwilę przy stoliku zwyczajnie pogadać, spytać skąd jesteś. Jedzenie bardzo przyzwoite, oczywiście krewetki, dobre koktajle i niepowtażalny widok.

Jadąc przez Pismo Beach, człowiek czuje się jak na planie filmu (pomaga fakt, że wynajęliśmy terenówkę, tu prawie wszyscy jeżdżą dużymi autami ;)). Kalifornijskie zachody słońca zapierają dech. Jedziemy dalej do Morro Bay, gdzie wczesnym rankiem, mamy okazję zobaczyć wydry śpiące w wodzie i trzymające się za łapki. Jakby tego było mało, jadąc wybrzeżem przez Piedras Blancas, mamy szansę zobaczyć dziesiątki, jeśli nie setki mirung (elephant seals) z małymi, wylegujących się na plaży. Jedziemy dalej, aż do Big Sur; klify, ocean, słońce.

Śpimy w San Francisco, mieście, które zawsze chciałam zobaczyć. Golden gate, mekka jedzenia, walki o równouprawnienie, chleb na zakwasie (Boudin Bakery), zobaczyliśmy Painted Ladies z “Pełnej Chaty”, posłuchaliśmy świetnej muzy na żywo, ale trzeba powiedzieć, że jest tu też dużo biedy – narkomanów i bezdomnych. Ponoć można dostać tu mandat za parkowanie na prostych kołach, ze względu na strome ulice, trzeba zostawiać auto na skręconych kołach, żeby się nie zsunęło. Nie polecam mocno się najadać, bo spacery tutaj są naprawdę wykańczające, a pełny brzuch nie pomaga. Sprawdziliśmy!

Potem, czekała nas zmiana temperatury. Pojechaliśmy wgłąb kontynentu przez Sacramento (stolicę Kalifornii). Bardziej małomiasteczkowy klimat, niż możnaby się spodziewać po stolicy stanu, ale w bardzo pozytywny sposób. Wieczorem idziemy na burgera i zobaczyć mecz footballu amerykańskiego w lokalnym pubie. Ostrzegam, że w centrum jest bardzo ciężko zaparkować za rozsądne pieniądze. Burgery całkiem, całkiem, ale dlaczego głównie się cieszę, że zawitaliśmy właśnie tu – to spora liczba kranów z kraftowymi, często lokalnymi piwami. Wypiliśmy bardzo dobrą ipę i cydr, które udawadniają, że Amerykanie piją jednak coś innego niż tylko Bud Lighta i Coronę.

Jechaliśmy dalej i mimo, że śnieg pojawiał się tu i ówdzie, temperatura ciągle pozwalała na krótki rękaw, do czasu. Lake Tahoe jest piękne, ale już po tylko kilku godznach za kółkiem, trzeba było sięgnać po zimową kurtkę, bo spadek temperatury to około 30 stopni w porównaniu z Sacramento. Kilmat miejsca trochę jak z Twin Peaks. Po pięknym, ale wychładzającym spacerze mieliśmy ochotę na coś rozgrzewającego do szamania. Trafiliśmy na świetny irlandzki pub, bardzo dużo lokalsów i rodzinna atmosfera. Jedliśmy fish&chips i genialny gulasz jagnięcy na Guinessie podany w chlebie. Pycha!

Jadąc na południe, słupek rtęci wraca na wyższe tony, jedziemy do Doliny Śmierci, gdzie mamy szansę zobaczyć testy wojskowych odrzutowców i jechać najdłuższą prostą ever. Stare kopalnie złota i dzikie konie. Człowiek wyobraża sobie dziki, nienauruszony ludzką ręką ląd, a i tak jest zaskoczony tym, co zastaje. Ruch na drogach minimalny,  turystów jak na lekarstwo – brawo my! – wygraliśmy chyba najlepszy czas na podróż.

I dalej przez Red Canyon, cudowne krajobrazy i wspaniała szansa zobaczenia najdłuższego zaćmienia księżyca XXI wieku w jednym z najciemniejszych miejsc na Ziemi, w Bryce Canyon. Wstajemy około 3 rano, żeby być wcześniej i zająć miejsca “przy barierkach”. Jakie jest moje zaskoczenie, że na najlepszym tarasie widokowym jest tylko jeden człowiek, z mega wypasionym aparatem.  Okazuje się, że to emerytowany strażak z Kolorado, który przyjechał specjalnie na zaćmienie. Zaczął robić zdjęcia hobbystycznie, a jego córka w tajemnicy podesłała je do lokalnej gazety. Teraz strażak ma płatne zlecenia, bo okazało się, że jest całkiem dobry w te klocki. Tylko z jedzeniem trochę tu słabo, głównie hotelowe knajpy, a szkoda, bo dobra micha gorącego jedzenia zawsze poprawia humor. Zrzucam to na karb teminu wycieczki, poza sezonem turystycznym.

Na zakończenie tej wyprawy pojechaliśmy do raju na Ziemii – Zion Park, a następnie do Joshua Tree, zobaczyliśmy nieziemski krajobrazy w Wielkim Kanionie i Kanionie Antylopy + za malinowe pikle i pyszne kanapki z pastrami na stacji benzynowej.

Horseshoe Bend jest imponujący, ale największe wrażenie robi na nas Kanion Antylopy. To miejsce z kosmosu, piękne światło, kolory i trafił nam się bardzo dobry przewodnik, który pstryknął nam kilka świetnych pamiątkowych fot. Należy tu nadmienić, że przez Kanion można przejść tylko z przewodnikiem i taka imreza kosztuje kosztuje około 80 dolców za parę, ale nie zastanawiajcie się, bo przeżycia są bezcenne. Warto też dodać, że do wszystkich pozostałych parków narodowych (nie stanowych) wchodzi się na jedną kartę za 85$, którą wykupuje się “na samochód”, 3 pasażerowie osobowego auta + kierowca mogą na nią wjechać do parku przez rok od daty kupna. Strażnicy przy wjazdach, którzy robili nam kontrolę byli wszyscy bardzo mili, dostaliśmy mapy i wskazówki, co warto zobaczyć. Ludzie ogólnie są bardzo pomocni, często pytajali nas skąd jesteśmy, ale też co sądzimy o Trumpie, jak Europa ich odbiera po wyborach.

Sama droga pomiędzy Grand Canyon a Joshua Tree to frajda, bo jedziemy historic route 66. Po drodze mijamy Williams AZ, sławny Roy’s Motel, czy Pioneertown. Miejscówki przenoszą w czasie. Wisienką na torcie jest świetny Diners, gdzie szamiemy typowe amerykańskie śniadanie, a na drogę pakują nam obłędny twinpeaksowy cherry pie.

Przy odrobinie wolnego czasu, można też porobić ciuchowo-kosmetyczne zakupy. Mnie udało się wyrwać kilka perełek, w tym wściekle różowe conversy za 17 dolców. Warto zahaczyć o TJ Maxx, jeśli jakiś jest po drodze.

Każdemu polecam wycieczkę na zachodnie wybrzeże Stanów. Planowaliśmy ją od dawna, pojechaliśmy dzięki szansie (tani lot). Chciałabym również podziękować Krytyce Kulinarnej za inspirację do wyjazdu i świetne rekomendacje i za motywację do założenia bloga 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s