Gruzja – kraj miłych ludzi

Naprawdę i bez jaj. Nigdy nie byłam w miejscu, w którym ludzie są tak bezinteresownie otwarci i mili. Jak zobaczycie po zdjęciach, nie jest to podróż z ostatnich lat, więc za ich jakość przepraszam, ale musiałam się podzielić tamtymi wrażeniami i zachęcić Was do odwiedzenia tego magicznego miejsca na Ziemi.

Polecieliśmy ze znajomymi do Tbilisi z otwartą głową i pobieżnym planem tego, co chcemy zobaczyć. W stolicy Gruzji byliśmy w bardzo wczesnych godzinach porannych, więc żeby niepotrzebnie nie budzić naszych pierwszych gospodarzy, przesiedzieliśmy 2 godzinki nad kawą grając w karty w lotniskowym Burger Kingu, gdzie można było popalać szlugi (przynajmniej wtedy, w 2013-tym). Przed wyjazdem nasłuchaliśmy się, że bardzo trzeba uważać na lotniskowych taksówkarzy, którzy nagminnie próbują naciągać turystów. Nieśmiało więc opuszczamy terminal i natychmiast oblega nas grupka kierowców oferujących transport. Uparcie brnąc przed siebie szukamy środków miejskiego transportu. Zostajemy jednak przechwyceni przez pana, który sprawdzając, pod jaki adres się udajemy – podaje nam uczciwą cenę z góry. Troszkę otumanieni nocnym lotem i niepokojem o burdę z taksówkarzami, podchodzimy do mercedesa “beczki”, trochę zdziwieni przyglądamy się fragmentom europalet (?), które kierowca wyjmuje z bagażnika robiąc miejsce na nasze walizki, drzwi się zatrzaskują i.. jedziemy. Cena, patrząc na długość kursu, okazuje się bardziej niż uczciwa. Sama podróż taksówką jest dość ciekawa – przedmieścia są pełne pustostanów, udaje mi się zobaczyć drzewo wyrastające ze starego grata samochodu. Krajobraz przedmieść jest bardzo różny od tego, do czego europejski turysta nawykł odwiedzając bardziej popularne kierunki.

Nocleg mieliśmy zaklepany mailowo. Po wysadzeniu z taksówki mamy mały kłopot, żeby zlokalizować adres, ale zaraz podchodzą do nas policjanci chętni do pomocy (choć muszę przyznać, że z karabinami na ramieniu wyglądali dość groźnie). Jeden wykonuje kilka telefonów z prywatnej komórki i zanim się obejrzeliśmy, gospodarz już pomagał nam wnieść walizki po schodach. Niestety, na miejscu okazuje się, że nie dogadaliśmy się co do ceny, bo odpowiedź na mojego maila poszła do SPAMu. Chcemy się zmywać poszukać nowego miejsca na nocleg, ale gospodarz kategorycznie sadza nas za stołem, jego żona parzy nam herbata, a on po 2 kwadransach wraca z informacją, ze u jego znajomych możemy zatrzymać się za cenę, której się spodziewaliśmy. Wyobrażacie to sobie!? Przewidujemy podróż na walizkach, więc pytamy naszych nowych gospodarzy, czy moglibyśmy wstawić pranie i poza tym, że się zgadzają, po naszym pierwszym spacerze po mieście okazuję się, że nam to pranie wywiesili. Przepraszam, jeśli zanudzam Was szczegółami, ale do tej pory nie mogę uwierzyć w to, jak bezinteresownie uczynni byli dla nas Gruzini.

Samo Tbilisi jest mieszanką tradycji, nowoczesności i niestety – biedy. Wystarczy zapuścić się w jedną z wąskich uliczek starówki, by wyjść na niebrukowaną drogę między sypiącymi się budynkami. Nie czułabym się w porządku robiąc tam zdjęcia, więc pozwólcie mi przejść do głównych atrakcji miasta z migawek powyżej. Po mieście poruszaliśmy się pieszo, jazda samochodem byłaby nie lada wyzwaniem, bo drobne stłuczki są tu na porządku dziennym, kierowcy średnio przywiązują wagę do znaków i sygnalizacji, co widać po “pajączkach” na przednich szybach aut. Przez kilkupasmową ulicę przechodzi się na kilka razy.
Krajobraz centrum jest dość nowoczesny, siedziby banków, wieżowce, czy ładnie oświetlony nocą Most Pokoju nie odbiegają od widoków z innych metropolii europejskich. Stara zabudowa jest za to bardzo specyficzna i nam bardzo przypadła do gustu. Na pierwszym zdjęciu powyżej możecie zobaczyć klasyczny jej przykład + atrakcja: kelner myjący okna bez zabezpieczenia na imponującej wysokości. Jesteśmy również pod niemałym wrażeniem dowiadując się, że piękne siarkowe łaźnie miejskie w dzielnicy Abanotubani mają aż 1500 lat i w dalszym ciągu świetnie funkcjonują! Widokówkowa jest już krzywa wieża zegarowa, która pomimo zabytkowej aparycji była wzniesiona dopiero w 2010 roku. Fajną atrakcją jest możliwość oglądania miasta z kolejki linowej na rzeką Kurą. Warto też zarezerwować w kalendarzu slot na wizytę w podmiejskim muzeum etnograficznym. Zajmuje ono spory obszar, podzielony na mniejsze sekcje, z której każda odpowiada innego regionowi Gruzji, opowiada jej historię, pokazuje jak kiedyś żyli tu ludzie. Zaraz dalej jest Mccheta, jedno z najstarszych miast Gruzji, wpisane na listę UNESCO. Jedliśmy tu chyba najlepsze chaczapuri w małej restauracji w rynku.

Po całodziennym zwiedzaniu i pysznej kolacji, rozpytujemy jak najlepiej dostać się na Gruzińską Drogę Wojenną i Kazbeg. Okazuje się, że najlepiej wynająć samochód z kierowcą, więc badamy grunt w rozmowach z kilkoma taksówkarzami. Udaje nam się wynegocjować naprawdę niezły deal, więc podekscytowani nadchodzącym dniem wracamy na nocleg. Kolejnego dnia rano odbiera nas Pan Kierowca i jego “beczka” z obowiązkowymi pęknięciami na szybie. Na śniadanie kupujemy w piekarni pyszne i jeszcze gorące gruzińskie chlebki przypominające trochę naan i w podobny sposób wypiekane i świeże pomidory. Niby proste jedzenie, a jaka uczta!
Gruzińska Droga Wojenna ma nieco ponad 200 kilometrów od Tbilisi do
Władykaukazu, a pamięta jeszcze czasy starożytne. Jej najwyższy punkt ma prawie 2400 metrów, więc widoki, które rozpościerają się po drodze zapierają dech. Zatrzymujemy się na chwilę przy Pomniku Przyjaźni Gruzińsko-Rosyjskiej, wybudowany końcem lat 80. ubiegłego wieku nabiera specyficznego wydźwięku w kilka lat po wojnie w Osetii Południowej. Coś jak Pałac Kultury w naszej rodzimej Warszawie. Niezykle malowniczo prezentuje się twierda Ananuri usytuowana nad turkusowo-zielonym jeziorem. Kierowca opowiedział nam, że zbiornik jest sztuczny (w co aż trudno uwierzyć) i podczas jego budowy komunistyczne władze chciały zalać twierdzę wodą, co na szczęście nie doszło do skutku. Przy wejściu do twierdzy koczuje gromada psów, czym na początku jesteśmy trochę wystraszeni, bo niektóre są niemałe. Jak poźniej się okazuje, pieski w Gruzji są wszechobecne i przyjaźnie nastawione. Do celu podróży, góry Kazbeg docieramy około południa, aby wejść na szczyt, na którym znajduje się prawosławny klasztor Świętej Trójcy (Cminda Sameba, 2170 m. n.p.m.) można obrać dwie drogi, my decydujemy się na tę krótszą, a więc bardziej stromą. Jest to niemały wysiłek, ale wkrótce popłaca imponującymi widokami. Kazbeckie piwo po zejściu również smakowało jak żadne inne 😉 Za taki całodniowy trip dla 4 osób zapłaciliśmy 100 lari (GEL), czyli po ówczesnym kursie około 180 złotych.

Następnym przystankiem naszej wycieczki jest Gori, znane jako miejsce urodzin Józefa Wissarionowicza Dżugaszwiliego – Stalina. Nie byliśmy przygotowani na nocleg, ale po krótkim rozeznaniu lądujemy w pokojach właściela lokalnej winnicy. Warunki trochę spartańskie, ale czysto, jest mały ogród, a i wino dobre. Główną atrakcją miasta jest muzeum Stalina, gdzie przeniesiono nawet dom, w którym się urodził. Skromna chatka jest osłonięta kolumnami rodem z Bramy Brandenburskiej, mamy tu kuloodporny wagon, którym Stalin podróżował i cały zestaw prezentów od innych państw, przyjacielskich z woli własnej lub nie. Jednym z darów są na przykład złote żyletki do golenia, z Polski mamy tu szkaradny zestaw porcelany wałbrzyskiej, który, łudzimy się, miał być prztyczkiem w nos dla czerwonego brata.

Kolejne kroki kierujemy do Bordżomi, gruzinśkiej Krynicy – malowniczo położonej w górach Małego Kaukazu, słynne dzięki leczniczym wodom zdrojowym. Są one mocno napowietrzone jak i zmineralizowane, ale mnie to odpowiada. Miasto przegrało bój o organizację Olimpiady 2014 z rosyjskim Soczi, co według mnie było mocno polityczne, zważając na niedawny konflikt zbrojny i pokojowy charakter imprezy.
Po wycieczce kolejką linową podziwiamy naprawdę ładny park zdrojowy i znów miły lokalny akcent, spacerująca z synkiem pani kupuje parę butelek wody od sprzedawcy na rowerze trójkołowym z firmową lodówką i wręcza je nam witając w swoim rodzinnym mieście. Zbierając się do drogi wracamy do miejscowej piekarni, w której przemiłe panie zgodziły się przechować nam bagaż. Na drogę dostajemy kilka chlebków i kategoryczne sprzeciw, gdy chcemy za nie zapłacić. Gościnność level milion.
Tylko na chwilę zatrzymujemy się w Kutaisi, więc nie będę się tu o nim rozpisywać. Poza Katedrą Bagrati, nie zobaczyliśmy zbyt wiele.

Zmierzając do Wardzii wybieramy marszrutkę, lokalne busy służące do przewozu wszystkiego i wszystkich – bus typu ford transit okazuje się mieści 2 razy tyle ludzi i sprzetów, niżprzewiduje ustawa. Podróżujemy z żywymi kurczakami i królami w klatkach, na dachu poprzywiazywane są dziecinne rowerki, puchoe kołdry i inne obra. Aby, jako turysta, stać w marszrutce trzeba się nieźle natrudzić, bo każdy, nawet 80-letni dziadek chcę ustąpić Wam miejsca. Podróżujemy przez góry, nad szczelinami sklanymi przełykam ślinę, a potem gęba się śmieje, na widok chłopca, który dostaje swój wyczekany rower. Drobnym mankamentem 😉 są wychodki, na modłę północnych Włoch będące w budowanymi w podłogę otworami, jednak nie tak czystymi jak u południowców. Docieramy do Wardzii, gdzie ponoc czeka na nas nocleg w hotelu o peerelowskim stylu. Drzwi sąco prawda otwarte, ale w środku nikogo nie ma. Kierujemy się więc do lokalnego baru, gdzie miejscowe chłopaki słuchają specyficznej muzy puszczanej z bagażnika starego BMW. Trochę nieśmiało siadamy i odpalamy po papierosie, dresowi lokalsi pytają skąd przyjechaliśmyi gdy dowiadują się, że z Polski stawiają po piwie i pytają.. czy nie szukamy noclegu. To był los na loterii.
Śpimy u Tamaza i jego żony Tiny, lokalnych gospodarzy, którzy udostępniają pokoje do spania. Warunki są bardzo proste, woda pod prysznicem zimna, a sprężyny w materacu uwierają, że ciężko spać, ale to właśnie u nich czujemy się jak w domu i ich twarze przychodzą na myśl pierwsze, gdy wspominam Gruzję. Za nocleg zapłaciliśmy około 70 złotych od łba, w tym śniadanie i obiadokolacja. Warto tu zaznaczyć, że poza mięsem, wszystkie produkty są ich własne, od sera, śmietany, warzyw i owoców przez miód, dżemy, czy chleb po wino i bimber. Gdy siadamy do kolacji stół się ugina od dobroci, dzielimy go z parą znajomych ze Stanów i panią z Rosji z dwoma córeczkami. Gospodarz opowiada o synach, którzy walczyli na wojnie, a teraz są na misjach, pokazuje ich zdjęcia, a gospodyni sprawdza, czy niczego nikomu nie brakuje. Po chwili przynosi z góry walizkę wypełnioną pamiątkami, które dostali od gości przez lata prowadzenia gościńca. Są tam wchlarze z Japonii, flaga Brazylii, czy kryształowe kieliszki do wódki. My, z braku lepszego pomysłu, zostawiamy koszulkę piłkarskiej reprezentacji Polski. Ciężko jest odmawiać kolejnych porji pyszności i kolejek specjałó gospodarza, więc na spoczynek udajemy się dość późno. Wstajemy skacowani, ale na nogi stawia nasz pyszne śniadanie Tiny. Po drodze na skalne miasto zatrzymujemy się kilka razy przy wodopojach i nagle trąbi na nas bus wypełniony turystami oferując podwózkę. Pakując się do środka, nie mamy pojęcia, że jak tylko zatrzasną się za nami drzwi, przewodnik wesołej wycieczki wyjmie zza fotela dwulitrową butlę stolicznej, aby wznieść toast. To był najgorszy toast w moim życiu, do tego zagryziony oliwką z chili %)
Samo skalne miasto jes piękne, krajobraz sielankowy, a powietrze i woda krystalicznie czyste. Historia miasta sięga XII wieku, w sile rozkwitu skalne miasto liczyło kilkanaście kondygnacji i mogło pomieścić dziesiątki tysięcy ludzi. Przez lata niszczone przez trzęsienia ziemi i mongolskie najazdy, w tej chwili utrzymywane jest przez kilku mnichów i nadal robi duże wrażenie.

Pobudkę funduje nam młoda krówka zaglądająca przez okno, po ostatnim śniadaniu, ze smutkiem opuszczamy Wardzię, by udać się nad morze do Batumi. Jedziemy pociągiem, gdzie za śmieszny koszt wykupuje sięmiejsca siedzącę. Standard trochę peerelowski, ale za tę cenę jest bardziej niż ok.
Z naszego punktu widzenia Batumi można sobie śmiało odpuścić, by spędzić więcej czas we wcześniej wspomnianych miejscach. Widoki na Morze Czarne czy ogród botaniczny są co prawda piękne, a ludzie przyjaźni, ale samo miasto jest bardzo nowoczesne, a nie tego szukam podczas wakacji. Kilka migawek poniżej, żebyście wiedzieli, czego można się spodziewać i zadecydowali sami czy warto.

Osobny post można by napisać tylko o gruzińskim jedzeniu, które nam bardzo przypadło do gustu. Chaczapuri, czy to adżarskie w kształcie wrzeciona z jajkiem pośrodku, czy serowe imeruli, obie wersje z pysznym sulguni to pierwszy przysmak, który prychodzi mi na myśl i który odtwarzam w domu. Słynne są również kinhali, gruzińskie pierogi w kształcie sakiewek z różnorodnością nadzień, te mięsne nadgryzamy, by najpierw wypić bulion. Nie tak znane, ale nie mniej pyszne sa pchali, roladki z pieczonego bakłażana z farszem z orzechów włoskich posypane ziarnami granatu – rewelacja! Pyszne świeże pieczywo wypiekane w tradycyjnych piecach, dojrzałe arbuzy i figi, soczyste brzoskwinie, szaszłyki nadziewane na wielkie szpady i pieczone w żywym ogniu nad paleniskiem. Chyba nic więcej nie trzeba pisać. No może tylko o tym, że Gruzini bardo lubią samogon (czaczę), który jest w zasadzie w standardzie noclegowym w ilośi 0,5 litra na parę, rozlane do plastikowych butelek po coli czy fancie. Polecany przy rewelacjach jelitowo-żółądkowcyh – sprawdzone 😉


საქართველო

Maroko vol. II

Kolejna część naszej wyprawy mniej kręci się wokół miast, a jest bardziej blisko natury oraz mniejszych miast i miasteczek. Wspominając Maroko, właśnie do tych miejsc wracam myślami najczęściej. Już sama trasa z Marrakeszu, przez góry Atlas, zapowiada wspaniałą przygodę:

Kręte drogi górskie prowadzą nas do Ait ben Haddou. Otaczający świat znow cofa nas w czasie – misteczko jest małe i największą jego część stanowi kazba wpisana na listę UNESCO. Forteca położona jest nad brzegiem rzeki przy gajach palmowych, w całości zbudowana ze słynnej marokańskiej gliny, ceglastą czerwienią odcina się od palm i nieba. Całośc robi niezykłe wrażenie regularnie przyciągając filmowców z całego świata. Kręcono tu takie tytuły jak “Babel”, “Klejnot Nilu”, czy “Grę o tron”. Na końcu galerii zamieściłam zdjęcie miasta Yunkai z planu serialu, lekko podrasowane na potrzeby smoków i ich matki 😉

Warto wpomnieć o świetnym noclegu, który tu wyrwaliśmy, po okazyjnej cenie, z pysznymi śniadaniami i tarasem z widokiem jak z pocztówki. Miejscówka nazywa się Auberge Azaddou Tamlalt.

Zachęceni do eksplorowania filmowych miejscówek, zmierzamy do Atlas Film Studios. Nie ma się co rozpisywać, zdjęcia mówią same za siebie. Sprawdźcie, czy wyłapiecie kadry ze znanych produkcji:

Zajefajny nocleg znaleźliśmy w okolicy, którym też chcę się z Wami podzielić, bo miejsce z pysznym jedzeniem i zwierzakowe, więc jeśli lubicie takie klimaty tak, jak my, to idźcie jak w dym. Pawie, kiciusie, osiołek, kozy, indyki a samo spanie w glinianych afrykańskich chatkach z super wystrojem – bomba: Ecolodge La Palmeraie.

Z Warzazat odbijamy kawałek drogi, żeby zobaczyć najwyższe wodospady północnej Afryki – Ouzoud Falls. I powiem Wam – warto nadrobić kilometrów – trasa jak zawse jest malownicza, do tego zjedliśmy tam chyba najlepszy tagine z ziemniakami i odkryłam marokańską Nutellę, tylko warto zaznaczyć, że oryginalną Nutellę ten lokalny produkt bije na głowę. Mowa tu o migdałach zmielonych z specjalnym moździerzu z miodem i olejem arganowym – tego trzeba spróbować! Obchodząc wodospady z każdej strony udaje nam się również spotkać kilka małpek, które nie boją się specjalnie, ale też trzymają bezpieczny dystans.

I stąd udajemy się na pustynię. Wkleję tylko kilka ujęć z 6-godzinnej trasy, którą pokonujemy z niekłamaną przyjemnością, po krajobrazy są nie z tej Ziemi. Warto wspomnieć, że trasa przebiega przez dolinę róż. Niestety nie udało nam się zawitaćna plantacji, bo gonił nas czas, ale obkupiłam się w naturalne kosmetyki po wsze czasy. I mówiąc naturalne, mam na myśli kremy bez parafiny ze składem o pięciu pozycjach (woda różana, olejek różany, gliceryna, kwas cytrynowy i jako konserwant: alkohol), hydrolat wody różanej w sprayu, olejki, mydła klasyczne i savon noir, czy glinki – w śmiesznie niskich cenach, bo od 10 do 20 złotych za komsmetyk.

No i nadszedł czas na punkt kulminacyjny naszej wycieczki – Saharę. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że kawał lądu zasypany piaskiem zrobi na mnie takie wrażenie. Sceny do kręcenia Alladyna są wszędzie, gdzie się obejrzycie, a obróbkę zdjęć można sobie podarować, bo całą robotę robi za nas matka natura. Zaplanowaliśmy sobie trip na wielbłądach, do jednej z pomniejszych osad namiotowych, by uniknąć niepotrzebnej eksploatacji zwierząt i dać zarobić rodzinnemu biznesowi. Do wielkich obozowisk karawany jeżdżą bezustannie, gdyż te licząnawet po 40 namiotów, nasza liczyła 6. W koszt wycieczki wliczony był pokaz muzyki lokalnej i nawet kupiłam CD, gdzie zwykle podchodzimy sceptycznie do tego typu “szopek”. Tu koncert był profesjonalny, wykonanie przez zespół, który jeździ na koncerty do Essouiry w szczycie sezonu. Później zaliczyliśmy wyczieczkę do kopalni węgla, z którego robi sie kohl do oczu, który chroni je przed piaskiem. No i mieliśmy szanse zobaczyć prawdziwe obozowisko nomadów oraz deszczowe jezioro z parą flamingów.

Do tego, zachód i wschód słońca na pustyni, kolacja i śniadanie, sandboard, quady i nauka gry na tradycyjnych instrumentach przy ognisku. Jeśli zastanawiacie się, czy jechać – nie róbcie tego dłużej, po prodtu zabookujcie lot.

Oboje oczu na Maroko

Jeśli myślicie, że wakacje w Maroku to tylko “kurortówki”, bo napatrzyliście się na widokówki z hotelowych plaż Tangieru, czy Agadiru, to jesteście w błędzie.  Skierujcie kroki w trochę inną stronę, a nie pożałujecie. Uwaga post z dużą ilością zdjęć, więc nalejcie sobie szklaneczkę czegoś dobrego i przygotujcie się na scrollowanie w dół. Tym razem, nie potrafiłam wybrać tylko kilku zdjęć na miejsce, a swoje robi też fakt, że byliśmy w Maroku dwa tygodnie, z czego tylko raz spaliśmy dwie noce w jednym mieście. Wynajęcie samochodu to totalny mus.

Fes

Co rzuca się w oczy po wylądowaniu, to fakt, że ludzie się do Ciebie uśmiechają – pan z odprawy paszportowej, pani w kantorze, która wymienia Ci jurki na dirhamy (bo poza Marokiem próżno ich szukać), czy nawet ludzie oczekujący na swoich krewnych, czy gości na lotnisku. Reguła ta potwierdza się podczas całej naszej podróży – Marokańczycy, pomimo biedy, są życzliwi, otwarci i uśmiechnięci i poza kilkoma wyjątkami (które przecież są po to, by potwierdzić regułę, czyż nie?) niczego nie oczekują w zamian. Po powrocie do Polski chodziliśmy z Radkiem z bananem od ucha do ucha i, co mnie trochę zdziwiło, bardzo mało spojrzeń rzuciło “co się cieszysz jak głupi do sera!?”, a większość ludzi odpowiedziała.. też uśmiechem. Jest potencjał w narodzie! Tym pozytywnym akcentem pozwalam sobie rozpocząć relację z podróży do kraju tysiąca barw, imponujących widoków, nieskalanej ludzką ręką natury, pysznej kuchni, tryliarda kotów, osiołków i oczywiśćie, uśmiechniętych ludzi.

Jest samiutki koniec października, lądujemy w Fezie i już na lotnisku, śmigamy wynająć auto niezbędne podczas odwiedzenia Maroka, ale o tym już pisałam. Fez jest milionowym miastem z imponującą historią – założone pod koniec pierwszego tysiąclecia ma piękną medynę (stare miasto), która została wpisana na listę UNESCO, imponujące mury obronne, jeden z najstarszych uniwesytetów świata i szkołę koraniczną, która jest jednym z niewielu muzułmańskich obiektów dostępnych do zwiedzania dla “niewiernych”, czyly nie-muzułmanów. Wykończenie budowli to tak misterna praca, że szczęka opada do ziemi z impetem wszystkich 16 dolnych zębów – tysiące majolików, krużganki, marmur, sztukateria w drewnie i kamieniu, onyks. Próżno by wyliczać, słowa nie oddzadzą tego efektu i ogromu pracy, której wszystkie te detale musiały wymagać. Może zdjęcia pomogą… Mimo, że przywitał nas deszcz, który wykreślił z naszego planu wizytę w sławnych fezkich garbarniach, to wrażenia są niezapomniane. Jako pamiątkę, przywieźliśmy sobie piękny koc z wielbłądziej wełny, który kupiliśmy za 450 dirhamów (około 200plnów), jeszcze nienawykli do targowania się pewnie przepłaciliśmy, ale pomyślcie, ile kosztowałby koc z naszej rodzimej stuprocentowej owczej wełny… Dodatkowo, kupiliśmy go od pana, który zaprowadził nas na taras jednej z miejskich kamienic z warsztatem, gdzie tkane są właśnie koce i dywany maszynami, które wyglądają na skonstruowane wieki temu, jak również z pięknym widokiem na medynę.

Kolejną pinezkę na naszej korkowej mapie możemy zaznaczyć po odwiedzeniu błękitnego Szafszawan. Tu znów wita nas deszcz, ale nie przeszkadza to nacieszyć się wyjątkowym widokiem miasta, w którym zdecydowana większość budynków ma kolor niebieski. Przypomina mi się tu trochę włoskie białe Alberobello oraz greckie Santorini z błękitnymi okiennicami, które mają odstraszać komary. Nie ma tu wstępu dla pojazdów, uliczki są ciasne, kręte, pokonujemy wiele schodów, bo starówka jest usytuowana na górze (miasto jest położone na wysokości ponad 500 m.n.p.m.), odwiedzamy kilka z chyba setek sklepików z souvenrami, zaopatrujemy się w magnesy dla znajomych i piękny ceramiczny przyprawnik. Na obiad pałaszujemy pyszny tagine (wym. tażin) z jagnięciny z suszonymi śliwkami, morelami i migdałami popijając świeżo wyciskany i wszechobecny sok z pomarańczy. Warto wspomnieć, że koszt pełnego obiadu (przystawka + główne danie + deser + picie) to tutaj 50 dirhamów (lekko ponad 20pln) na osobę, jedzenie jest baaardzo dobre, a składniki z całą pewnością lokalne.

Po pysznym śniadaniu pakujemy się w auto i jedziemy do stolicy Maroka – Rabatu, z pięknym ceglanym minaretem górującym nad miastem, cytadelą, błękitnymi uliczkami Kasby Al-Udaja i Ogrodem Andaluzyjskim. Fale, które rozijają się o laternię morską i mury cytadeli są naprawdę ogromne zważając, że ciągle trochę pada i dosyć silnie wieje, fale są chyba bardziej imponujące niż zwykle, bo dużo miejscowych zatrzymuje samochody na parkingu i wychodzi popatrzyć w bezkres oceanu. Śpimy w Sale, mieście kiedyś odrębnym, a dziś będącym niejako satelitą stolicy. Będzie to nocleg, który na długo pozostanie w naszej pamięci. Śpimy w rjadzie zarządzanym przez czterosobową rodzinę, gdzie ewidentnie głową domu jest kobieta, która wita nas po francusku całując w oba policzki i sadzając przy rodzinnym stole z dwójką innych gości. Stajemy się uczestnikami rodzinnego obiadu, gdzie każdy sam nabiera swoją porcję z ogromnego talerza po środku stołu, do tego domowy chleb i obowiązkowa czarna herbata z miętą i sekretnym dodtkiem pani domu – wodą z kwiatów pomarańczy. Wszyscy domownicy są uśmiechnięci,  niewymuszenie mili, choć poza nastoletnim synem gospodarzy nie mówią po angielsku (a my po francusku!) wciąż wymieniamy pytania o polskie zwyczaje, a domownicy opowiadają jak to jest u nich. Po tak niespodziewanym przywitaniu domowym posiłkiem, po powrocie ze zwiedzania miasta wracamy z pyszną baklavą dla gospodarzy. Po prysznicu, gospodyni puka jeszce do naszych drzwi z dwoma miseczkami pysznej hariry, a na śniadanie czeka nas niemiej suty posiłek. Ważne, by wspomnieć, że oferta z airbnb obejmuje jedynie śniadanie, a to, co otrzymaliśmy to naprawdę dużo więcej niż tylko posiłek – byliśmy gośćmi w prawdziwym marokańskim domu, a nie klientami. Serdecznie polecam! Riad nazywa się Riyad les Mausolées.

W drodze do El Jadidy zahaczamy o Casablancę. I tu ostrzegam: nie należy pchać się tam samochodem, jeśli nie jest się doświadczonym kierowcą. Marokańczycy wyprzedzają po wewnętrzenej, skręcają w lewo z zewnętrznego pasa i ogólnie rzecz ujmując, nie kierują się ogólnie przyjętymi zasadami ruchu. Podczas, gdy ma to swój lokalny urok na prowincji, gdzie w ruchu drogowym uczestniczą też osiołki, w większym mieście (a Casablanca jest największym miastem Maroka licząc prawie 3,5 mln mieszkańców), to chaos i wolna amerykanka. Marokańczycy spoza Casablanki ostrzegali, że nawet oni boją się tam jechać. No ale cóż, pokusa zobaczenia jednego z największych meczetów na świecie, w dodatku ze wstępem dla niewiernych i to w filmowym mieście była na tyle silna, że się zdecydowaliśmy. Jaka wielka była nasza radość, gdy okazało się, że meczet jest zamknięty z powodu renowacji, tego nie oddzadzą słowa… Meczet jest wielki, mozaiki na zewnętrznych ścianach są piękne, ale największe wrażenie sprawia umiejscowienie świątyni nad brzegiem oceanu. Dodatkowymi atutami miejsca są rozsuwany dach, czy fragment podłogi wykonany ze szkła tak, że można zobaczyć przez nią ocean. Niestety, nie dane nam było tego sprawdzić. Może następnym razem. Samą Casablancę sobie odpuszczamy, krajobraz jest mocno przemysłowy, a wspomniany wcześniej nieposkromiony ruch drogowy skutecznie odstrasza.

El Jadida, nasz kolejny przystanek, jest miastem o rodowodzie portugalskim. Mamy tu niedziałający już klasztor cysterski, którego podłoga zalana jest wodą na wysokość około centymetra, co daje lustrzane odbicie krzyżowym sklepieniom, imponujące na 10 metrów grube mury obronne odgradzają miasto od strony Zatoki Perskiej, a działa armatnie wdzięcznie pozują do zdjęć przy zachodzie słońca. Sama forteca ma kształt gwiazdy. Ciekawostką jest fakt, że europejski charakter zabudowy miasta skłonił  Orsona Wellesa do nakręcenia ekranizacji Otella Szekspira. Jemy tu bardzo smaczną kolację w La Portugaise. Zamawiając tagine  z rybą nie spodziewaliśmy się tak sążnej porcji miecznika, wystrój restauracji również przypomina nam Europę, obrusy w biało czerwoną kratę, kelnerzy w liberii, jednak użyte przyprawy nie pozwalają zapomnieć, gdzie faktycznie jesteśmy. Bardzo dobre lokalne jedzenie dla fanów ryb i owoców morza. Udało też się nam kupić oryginalny gliniany tagine, na oko przekątna podstawy to z 32 cm za niecałe 20 złotych od uroczego pana, który obsługiwał swoje stoisko z kilkuletnim synkiem.

Jadąc wzdłuż wybrzeża dojeżdżamy do Essouiry, kolejnej portuglskiej twierdzy Maroka. Miasto jest również obwarowane murami obronnymi, ale charakter ma bardziej wsółczesny od El Jadidy, pełno tu kramów z rękodziełem i restauracji, ale klimat jest bardziej przytulny. Więcej jest też turystów, mamy tu szeroką plażę, port rybacki i przylegający do niego skwer z knajpkami serwującymi to, co rybacy wyłowili danego poranka. Ryby, krewetki, kraby, czy homary ułożone są równiutko na lodzie. Nie możemy sobie odmówić tej przyjemności i zamawiamy doradę i krewetki, które kucharz przy nas oprawia i grilluje na otwartym ogniu – pycha! Na zachód słońca udajemy się do jednej z licznych restauracji w mieście, które dysponują tarasem z widokiem na ocean. Widok jak i wystrój miejsca są bez zarzutu, jedzenie za to dużo gorsze niż w porcie – zarówno droższe, jak i mniej smaczne. Jedliśmy tu jedno ze sztandarowych dań regionu – pastillę. Są to różne owoce morze (jest też wersja mięsna), zawinięte w sakiewkę z ciasta filo i przyprawione… na słodko! Zjeść – zjadłam, ale drugi raz bym nie zamówiła.

Żeganamy Essouirę, marokańskie St. Tropez, kolejnego dnia rano i wybieramy się do chyba nasłynniejszego miasta Maroka – Marrakeszu. Tu spotyka nas niemiła przygoda, bo chłopak, który zobaczył jak parkujemy samochów i otwieramy google maps, aby znaleźć rijad, zaoferował nam pomoc, by później zarządać zaskakująco wysokiej sumki “za fatygę”. Normalnie nie zapłacilibyśmy, ale baliśy się, że chłopak porysuje nam wynajęty samochód, Radek stargował cenę i zostawiliśmy ten niemiły incydent za sobą. W podobnych sytuacjach, radzę albo z góry zgodzić się, co do ceny za usługę lub stanowczo podziękować. Marrakesz położony jest nieopodal gór Atlas, który możemy podziwiać z dachu naszej noclegowni będąc w centrum miasta. Robi to niemałe wrażenie, w upale spoglądać na ośnieżone szczyty… Centrum Marrakeszu to jeden wielki suk, sprzedawcy nakłaniają do kupna swoich produktów i są skorzy do zbijania ceny o nawet 80%. Kupujemy tu piękny koc 2x3m z pomponami, skórzaną ręcznie zdobioną torebkę i metalowy dzbanek do serwowania marokańskiej miętowej herbaty. Musieliśmy dopłacić Ryanairowi za dodatkowy bagaż, ale było warto – ceny za rękodzieło są bardzo niskie, a pamiątki zostaną z nami na lata. Odwiedziliśmy tu nieskończoną liczbę straganów, piliśmy sok z granatów, trzciny cukrowej, jedliśmy baranie kofty i tak posileni udaliśmy się zobaczyć cmentarz sadycki. Sadyci byli dynastią bardzo zasłużonądla Maroka, które zjednoczyli, zreformowali armię  i odparli turecki atak. Przepych nekropolii mówi sam za siebie – naród był i jest im wdzięczny – miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia, jest wspaniałym przykładem lokalnej architektury z koronkowymi rzezbieniami w marmurze i drewnie. Ostrzegam jednak, że swoje trzeba odstać w kolejce. Zbliża się wieczór, więc spieszymy z powrotem do centrum na plac Jemaa El-Fna – wpisanego na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO.  Przy akompaniamencie bębnów opieramy się naganiaczom ze stoisk z jedzeniem, chcąc najpierw zobaczyć co warto wybrać. Nie zachodzimy jednak daleko, przekonuje nas pan wykrzykujący hasła Magdy Gessler i Makłowicza i biegnący w naszym kierunku z listą, co może zaoferować do jedzenia, i że nie warto iść dalej, bo wszędzie jest “the same shit”, a oni oferują darmową herbatę (jak się okazuje również jak wszyscy). dajemy się przekona i nie żałuję. Na Jamaa El-Fna super jest to że nie dość, że jedzenie jest suma summarum bardzo tanie, to można zamówić dużo mniejszych porcji i popróbować wszystkiego. Wygląda na to, że dużą część urlopu przesiedzieliśmy jedząc, ale jak tu się oprzeć?! Świeże i suszone owoce, oliwki, kiszone cytryny, soki, ryby, jagnięcina i te przyprawy.. no i herbata, pyszna herbatą, którą po marokańsku z wysoka nalewamy teraz Polsce z naszego nowego dzbanka.

Wpis już jest bardzo długi, więc chyba Maroko będę musiała rozbić na dwa posty, żeby Was nie zanudzić, bo to dopiero półmetek naszej podróży.

 

 

 

Podlasie. Kraina z bajki.

Nadszedł czas, aby napisać o jednej z naszym rodzimych eskapad. Zupełnie specjalne miejsce w naszym sercu zajęło Podlasie. Oboje z Radkiem byliśmy tam pierwszy raz. Pojechaliśmy tam w kwietniu, żeby uniknąć majówkowego, a później wakacyjnego natłoku ludzi. Udało nam się zatrzymać w najbardziej klimatycznym miejscu w Polsce jak do tej pory, bo dzięki temu, że spaliśmy w Korolowej Chacie nasz pobyt był jeszcze bardziej wyjątkowy. Kilka zdjęć samej miejscówki poniżej:

Dom znajduje się na uboczu, nie mamy żadnych sąsiadów, za to zacny kawałek ziemi, domek na drzewie, studię, czy zewnętrzny prysznic na deszczówkę, dla którego chcę tam wrócić, kiedy będzie trochę cieplej. Chata jest drewniana, urządzona bardzo prosto, ale ze smakiem – surowe drewno, koronki, ikona u powały, a w kuchni sam król – opalany drewnem piec, na którym Radek nie omieszkał przygotować ziemniaczanych talarków jak za dzieciaka. Mamy tu też księgę gości z wpisami z całego świata (np. z Brazylii), które mogą zaświadczyć o wspaniałym, regionalnym klimacie tego miejsca.

Miejsce jest dobrą bazą wypadową, dlatego też w pierwszy dzień kierujemy swoje kroki do Białowieży, dzikiego lasu Europy. Nie chcę się tu rozpisywać na tematy polityczne, bo nie jestem ekspertem. Nie podoba mi się, co zrobił swojego czasu minister Szyszko wycinając pradawny las, ale z drugiej strony miejscowi, którcy spotykamy czy to na targu, czy na wieczornym piwie, jak i sam gospodarz naszej pięknej chaty mówią, że sprawa nie jest taka prosta do osądzenia, bo w Puszczy jest faktycznie plaga kornika, jakiej wcześniej nie widzieli. Wchodząc do lasu faktycznie widzimy dużo powalonych drzew pokropkowanych tunelami wyjedzonymi przez larwy kornika. Tak jak napisałam powyżej, nie znam się, więc nie oceniam. Wklejam za to kilka igawek z pierwszego dnia w Białowieży.

Po długim dniu szwędania się po zakamarkach Puszczy solidnie głodniejemy. Internety każą nam skierować kroki na sławną lokalnie soliankę. Leśna Dziupla, bo o niej mowa, to niby zwykły przydrożny bar w popeerelowskim domku. Wchodzimy do środka, zza kontuaru uśmiecha się miła Pani, a nad nią widnieje dzisiejsze menu na czarej tablicy kredowej. Przebąkiwujemy, że słyszeliśmy , że solianka dobra i chyc! przed nami lądują dwa talerze dobrze przyprawionej rybnej zupy z oliwkami i kaparami. Pycha! Serdecznie polecam to miejsce, bo nie dość, że jedzenie dobre, to atmosfera niepowtarzalna. Następnego dnia kroki kierujemy do restauracji Stoczek 1929. Restauracja na pewno bardziej elegancka, a i jedzenie ładniej podane, ale jeśli musielibyśmy wybierać, na pewno w naszych oczach króluje jednak Dziupla. Warto jednak nadmienić, że zjedliśmy w Stoczku smaczną soljankę, bliny i placki ziemniaczane:

Ostatnim jedzeniowym miejscem, o jakim chciałabym tu wspomnieć jest Walizka. Jest to urokliwa kawiarnia z najlepszym wypiekiem polskim naszym skromnym zdaniem. Mowa o marcinku, o którym pierwszy raz przeczytałam w “Okularniku”  Katarzyny Bondy. Musieliśmy sróbować i przepadliśmy. I warto tu wspomnieć, że Radek nie jest fanem słodkości. Do tego stopnia, że mieliśmy małą batalię o to, czy zje tort na naszym własnym weselu… Myślę, że sekretem wypieku jest krem na.. kwaśnej, a nie słodkiej śmietanie. Naprawdę wyjątkowy smak. Poniżej dodaję zdjęcie marcinka z Walizki i wypiek, który spróbowałam odtworzyć po powrocie do domu. Z całkiem niezłym skutkiem, muszę nieskromnie przyznać 😉

Całe Podlasie jest niezykle bajkowe, kolorowe, z serdeczymi ludźmi. Bardzo polecamy na wizytę i podsumowując, chcielibyśmy zaznaczyć, że spotkać żubra wcale nei jest tak trudno… Poniżej dodatkowe migawki.

Bella Italia

Do Włoch jeździmy chyba najczęściej ze wszystkich miejsc. To wyjątkowy raj ze wspaniałą historią, piękną architekturą, cudowną kuchnią i otwartymi ludźmi. Zwiedziliśmy wiele miast, byliśmy w Wenecji, Bolonii, w Weronie, odwiedziliśmy Mediolan, Triest, Florencję i Rzym. Nie potrafiłabym nazwać miejsca, które podobało nam się najbardziej, ale wiem, że wakacje, które z włoskich podróży wspominamy najczęściej, to pobyt w Apulii (Puglia).

casteldelmonte.png

Tak, powyższe cudeńko widnieje na włoskiej eurocentówce, a mimo to mało kto ze znajomych czy blogerów odwiedził to właśnie miejsce. My również trafiliśmy na nie trochę przypadkiem. Chcieliśmy wybrać się na wakacje gdzieś w miarę niedaleko i biorąc pod uwagę skromny budżet, a z Wrocławia z tanich lotów do Włoch mogliśmy wybrać Bari lub Bergamo, gdzie już byliśmy. Dzięki Ci Bożenko, że wybraliśmy Bari! Apulia jest miejscem magicznym, więcej tu Włochów na wakacjach niż turystów spoza buta, naokoło gaje oliwne i winnice, piękne widoki i przepyszne jedzenie w cenach, które mogą pozytywnie zaskoczyć.

Pierwsze kroki kierujemy właśnie do Castel del Monte, zamku zaliczonego do grona światowego dziedzictwa UNESCO. Zbudowany w XIII wieku, nie został zamieszkany, za to po drodze został więzieniem, ostoją myśliwych, schronieniem przed zarazą i powoli popadał w ruinę. Został odrestaurowany dopiero w XX wieku. Mimo, że na pierwszy rzut oka nie wygląda okazale, jest naprawdę pokaźnych rozmiarów. Po drodze zatrzymujemy się na spacer po jednym z licznych gajów oliwnych.

W drodze powrotnej, zatrzymujemy się Materze (nie mylić z Maderą), miejscowości, która jak wehikuł czasu, przenosi nas w inną rzeczywistość. Jest to jedna z najstarszych miejscowości na świecie. Gdyby nie ludzie we współczesnych ubraniach i anteny satelitarne, myślałabym, że zza rogu zaraz wyskoczy Maria Magdalena 😉 A to za sprawą “Pasji” Gibsona, któremu to właśnie Matera posłużyła za Jerozolimę z początku ubiegłego tysiąclecia. Zwiedzając miasto, często chodzi się po dachach zabudowań, spacer jest dość wyczerpujący, bo miasto ulokowane jest na wzgórzu. Nie można tu wjechać samochodem, uliczki są kręte i wąskie. Na kolację udajemy się do ulubionej knajpki Mela – Tratorii Lucana. W karcie jest nawet pasta alla Mel Gibson, którą zamawiamy po zjedzeniu przystawek. Jedzenie jest wyborne, a właściciel przemiły. Przy stoliku nieopodal jest jakaś rodzinna siesta, przy której się uwija, ale co chwila z doskoku dorzuca nam różne dania z ich stołu do spróbowania.

matera.JPG

Śpimy w mieszkaniu wynajętym przez airbnb. Mieszkanko ma duży taras, gdzie prawie codzinennie jemy śniadania (burrata! dostępna na każdym kroku), jest ulokowane bardzo wygodnie w centrum Barletty, która jest dobrą bazą wypadową do wyjazdów i przyjemnym miasteczkiem. Parkujemy na chodniku, na znakach jest określone, w jakich godzinach parkowanie jest bezpłatne. Parkowanie jest solidnym wyzwaniem do obcokrajowców, normą jest parkowanie zderzak w zderzak, a oznakowanie też nie jest do końca jasne. W razie potrzeby, miejscowi zawsze dadzą znać, czy można w danym miejscu zostawić auto. Samochód wynajęliśmy na lotnisku i aby zmaksymalizować szansę na parking poszliśmy w smarta z opcją cabrio. Uważam, że to auto idealne na takie wypady, zamieniłabym je tylko na starego fiata pięćsetkę. Jak wspominałam, Barletta jest bardzo przyjemna, ma uroczą, pięknie oświetloną starówkę i kilka pizzerii otwartych do późna w nocy, więc można się posilić po całodniowym zwiedzaniu.

Kolejnego dnia wybieramy się do Trani, nad morze. Rozkładamy się przy nasypie prowadzącym do małej zielonej latarni morskiej. Nie ma tu plaży, są za to bardzo duże kawały piaskowca, na których mieści się cały ręcznik kąpielowy. Trzeba umieć pływać, bo nie ma zejścia do wody, od razu jest głeboko. Woda w Adriatyku jest lazurowo czysta, a z drugiej strony mamy piękny widok na romańską katedrę z majestatyczną, wciąż pełniącą swoją funkcję dzwonnicą oddzieloną od morza jedynie murem. Kościół wziesiono w XI wieku. Jest środek tygodnia, kąpielisko jest prawie puste nie licząc kilku rybaków, ale około dwunastej ta swego rodzaju plaża, zaczyna się zaludniać, wpada nawet kilka osob ewidentnie z pracy, pod garsonką strój kąpielowy, w torebce foccacia, chwila kąpieli, potem brunch na ręczniku i z powrotem do pracy (na rowerze, a jakże!). Jedliśmy tu pyszne panino z ośmiornicą.

W nastęnej kolejności udajemy się do Polignano a Mare, żeby zobaczyć jedną z najsłynniejszych plaż południowych Włoch. Nie powiem, robi wrażenie, ale wszędzie jest tylu ludzi, że po pozytywnych doświadczeniach z Trani uciekamy trochę spłoszeni. Choć muszę przyznać, że plaża i jej malownicze ułożenie między zabudowaniami robią wrażenie.

Resztę dnia spędzamy na plaży, której nie wygooglowaliśmy, a pokierowały nas tam miejscowe drogowskazy napisane na drewnianych tabliczkach. Plaża jest płatna (kilka euro), bo jest przy hotelu, ale miejsca jest aż nadto, a widoki nieziemskie. Plaża między jaskiniami, błękitne morze i złoty piasek.

Wieczór spędzamy w Cisternino i w mieście koronek – Locorotondo. Nie mogłam sobie odmówić i kupiłam parę czarnych, ręcznie robionych kolczyków z koronki. Oba miejsca są sielankowe, dominuje biel, a miejscowi starsi panowie uśmiechają się do obiektywu. Żółte światło przed zmierzchem pomaga wydobyć z obu małych miejscowości klimat dawnych lat.

Pocztówką Apulii jest miejscowość, do której skierowaliśmy kolejne kroki – Alberobello, bo o nim mowa, to prawdziwa perełka. Wszystkie domki na starówce to okrągłe chatki ze spadzistym dachem. Trochę smerfno-bajkowe, ale jednak czuć lata tradycji i szacunek do niej – wszystkie domki są białe, a dachy – szare. Jednolitość ta jednak nie powoduje monotonii, a potęguje bajkowość miejsca. Miejsce, do którego trafiamy na kolację, to prawdziwy hit! Poczytaliśmy trochę o nich w necie i skoro wszyscy polecali antipasti, to zamówiliśmy zestaw przystawek dla dwojga + dwa główne dania. I to był bład… choć jeśli byłoby mi dane być tam znowu, przez czyste łakomstwo zamówiłabym to samo. Talerz przystawek to koszt rzędu 15 euro. Po chwili oczekiwania, na stół wjeżdża 7 [sic!] talerzy przystawek: burrata, lokalne wędliny, papryczki, karczochy. Głodni, rzucamy się na jedzenie zapijając winem i gdy kelner podchodzi z kolejnymi talerzami, spodziewamy się głownych dań. Nasze miny mówią same za siebie, bo pan z bananem od ucha do ucha, serwuje nam kolejną rundę siedmiu przekąsek, tym razem na ciepło. Nie mamy już miejsca na główne dania, ale wszystko jest tak dobre, że nie odchodzimy od stołu. A must-visit!

Jadąc przez Apulię z miejsca na miejsce, nie opuszcza nas dobry humor. Krajobrazy są piękne, wiejskie, bez dużego ruchu. Przy drodze są stoiska z lokalnymi specjałami, drogą kupna można nabyć grappę, limoncello, miody, suszone pepperoncini, oliwki, oliwę, wino i o wiele więcej. Kilka migawek z trasy, poniżej:

Monte Sant_Angelo

Chciałam tu wspomnieć, że na codzień z Radkiem nie jemy mięsa. Robimy sobie dyspensę na wakacjach. Zawitaliśmy do jednej z miejscowości z założeniem, że zjemy “coś, co miało twarz”, ale nie spodziewaliśmy, że przekroczymy limit o… co najmniej kilka razy. Mowa znów o Cisternino, a miejsce to Zio Pietro, czyt. mekka mięsożerców. Bez kitu, to stolica rzeźników. Knajpy nie są knajpami, a sklepami mięsnymi z gastronomicznym zapleczem. Cóż, raz kozie śmierć (dosłownie i w przenośni), zakradamy się do jednego z licnych szynków. Zamawia się tu obiad od pana za kontuarem, po czym kelnerzy przynoszą to, co zwarzono za ladą do stolika na zewnątrz po szybkiej obróbce. Są to kiełbaski, żeberka, medaliony. Czego tylko drapieżnik sobie zapragnie. Doświadczenia – niezapomniane! Zwróćcie uwagę, jaka piękna miejscowa ceramika.

Nie sposób ominąć też Gravina il Puglia. Piękne miasto usytuowane na wzgórzu nad doliną rzeki.

sielanka.png

Niestety, w wakacjach najgorsze jest to, że kiedyś się kończą. Jadąc przez Molfettę do Bari na lotnisko, zatrzymujemy się coś zjeść, ale większość miejsc jest jeszcze zamknięta. Kierujemy więc swoje kroki do La Giostra. Czeka nas tu kolejna miła przygoda, po wpałaszowaniu tagliatellle al ragu i wybornego szaszłyka z ośmiornicą, uznajemy, że kropką nad i będą arancini. Jest to sycylijski przysmak z ryżu nadziewany serem i czasem boczkiem, który widnieje jako jedno z antipasti w knajpie. Pechowo, okazuje się, że arancini się skończyły ;-( Prosimy więc o rachunek i gdy już mamy się zbierać, grupka Włochów przy stoliku obok zatrzymuje nas wręczając po jednym arancini ze swojej sterty. Na drogę. Grazie mille!

O czym jeszcze warto wspomnieć, to to, że we Włoszech mamy siestę, więc knajpki od najlepszych po te lokalne zamykają się po obiedzie i są otwierane ponownie wieczorem (w międzyczasie są zamknięte lub otwarte tylko na drinki). Warto więc dostosować swój rytm dnia, aby nie chodzić głodnym. Jednym z miejsc, gdzie poszliśmy i chcieliśmy złożyć zamówienie trochę się naczekaliśmy. W końcu podeszła kelnerka, zaprosiła do środka na drinka i powiedziała, że otwierają kuchnię za pół godziny. Było warto poczekać, pizza z owocami morza urwała d…, a na ekranach leciał mecz towarzyski Włochy vs Hiszpania z cudownym Gigi na bramce. Mimo, że Włosi wtedy przegrali, klimat był przedni i ze względu na fakt, że nie działał automat z papierosami, barman (właściciel?) odstąpił nam swoją paczkę.

pizza frutti di mare.png

Podsumowując, myślę, że warto napisać, że ogólnie mamy z Radkiem szczęście, jeśli chodzi o ludzi, a Apulia bije resztę miejsc na głowę (no, może poza Gruzją, o której napiszę innym razem), spotkaliśmy tu wielu bardzo miłych, otwartych ludzi. To wyjątkowe miejsce, które warto (po stokroć warto!) odwiedzić. Wrócimy!

 

 

Nasz US Trip

Nasza podróż do Stanów była naprawdę wyjątkowa. Udało nam się wyhaczyć bilety do Kalifornii z Berlina za 700 PLN dzięki Wakacyjnym Piratom i error fare. Właśnie wracaliśmy do Wrocławia po weselu w Olkuszu i pojawił się post na fejsbuku. Poszliśmy na całość i… udało się! Wylecieliśmy końcem stycznia, pobyt trwał 11 dni. Staraliśmy się zobaczyć jak najwięcej, więc mam nadzieję, że nasza wycieczka okaże się pomocna przy Waszym planowaniu podróży. Bo jeśli zastanawiacie się, czy warto jechać do Kalifornii – zapewniam: warto!

Lot był przesiadkowy i na wstępie zaznaczam: nawadniajcie się! Pijcie dużo wody i próbujcie się wyspać. Łatwiej napisać, niż zrobić – sama mam flight fright, ale trzeba skumulować siły, aby mieć energię na odkrywanie “Nowego Lądu”.

Wylądowaliśmy wieczorem w Los Angeles i pierwsze kroki, jako fani Lyncha, skierowaliśmy na Mullholland Drive. Widok wyjątkowy, dający niezwykłą zapowiedź tego, co nas czeka.

mullholland

Zwykle, szukając noclegu korzystamy z airbnb, bo fajnie jest poczuć miejsce “od środka”, poczuć się choć trochę, jak miejscowy, a nie jak gość hotelowy.  Pierwszy nocleg spędzamy w Inglewood. Przez jet lag wstajemy bardzo wcześnie i udajemy się do Obserwatorium Griffitha z pięknym widokiem na całe miasto i na słynny znak Hollywood. Ze względu na krótki czas, jakim dyspomujemy, nie wchodzimy do Obserwatorium, jest jeszcze zamnkięte, a my mamy tyle do zobaczenia. Warto zaznczyć, że właśnie w LA zjedliśmy najlepszy ramen w życiu (2 razy).

james deanhollywood

Skoro jestem fanką kinematografii, nie mogłam nie pójść do Bubba Gump w Santa Monica. Może i sieciówka, ale to pierwsze miejsce, gdzie mogliśmy poczuć atmosferę Stanów. Ludzie są bardzo otwarci i mili, kelner siada z Tobą na chwilę przy stoliku zwyczajnie pogadać, spytać skąd jesteś. Jedzenie bardzo przyzwoite, oczywiście krewetki, dobre koktajle i niepowtażalny widok.

Jadąc przez Pismo Beach, człowiek czuje się jak na planie filmu (pomaga fakt, że wynajęliśmy terenówkę, tu prawie wszyscy jeżdżą dużymi autami ;)). Kalifornijskie zachody słońca zapierają dech. Jedziemy dalej do Morro Bay, gdzie wczesnym rankiem, mamy okazję zobaczyć wydry śpiące w wodzie i trzymające się za łapki. Jakby tego było mało, jadąc wybrzeżem przez Piedras Blancas, mamy szansę zobaczyć dziesiątki, jeśli nie setki mirung (elephant seals) z małymi, wylegujących się na plaży. Jedziemy dalej, aż do Big Sur; klify, ocean, słońce.

Śpimy w San Francisco, mieście, które zawsze chciałam zobaczyć. Golden gate, mekka jedzenia, walki o równouprawnienie, chleb na zakwasie (Boudin Bakery), zobaczyliśmy Painted Ladies z “Pełnej Chaty”, posłuchaliśmy świetnej muzy na żywo, ale trzeba powiedzieć, że jest tu też dużo biedy – narkomanów i bezdomnych. Ponoć można dostać tu mandat za parkowanie na prostych kołach, ze względu na strome ulice, trzeba zostawiać auto na skręconych kołach, żeby się nie zsunęło. Nie polecam mocno się najadać, bo spacery tutaj są naprawdę wykańczające, a pełny brzuch nie pomaga. Sprawdziliśmy!

Potem, czekała nas zmiana temperatury. Pojechaliśmy wgłąb kontynentu przez Sacramento (stolicę Kalifornii). Bardziej małomiasteczkowy klimat, niż możnaby się spodziewać po stolicy stanu, ale w bardzo pozytywny sposób. Wieczorem idziemy na burgera i zobaczyć mecz footballu amerykańskiego w lokalnym pubie. Ostrzegam, że w centrum jest bardzo ciężko zaparkować za rozsądne pieniądze. Burgery całkiem, całkiem, ale dlaczego głównie się cieszę, że zawitaliśmy właśnie tu – to spora liczba kranów z kraftowymi, często lokalnymi piwami. Wypiliśmy bardzo dobrą ipę i cydr, które udawadniają, że Amerykanie piją jednak coś innego niż tylko Bud Lighta i Coronę.

Jechaliśmy dalej i mimo, że śnieg pojawiał się tu i ówdzie, temperatura ciągle pozwalała na krótki rękaw, do czasu. Lake Tahoe jest piękne, ale już po tylko kilku godznach za kółkiem, trzeba było sięgnać po zimową kurtkę, bo spadek temperatury to około 30 stopni w porównaniu z Sacramento. Kilmat miejsca trochę jak z Twin Peaks. Po pięknym, ale wychładzającym spacerze mieliśmy ochotę na coś rozgrzewającego do szamania. Trafiliśmy na świetny irlandzki pub, bardzo dużo lokalsów i rodzinna atmosfera. Jedliśmy fish&chips i genialny gulasz jagnięcy na Guinessie podany w chlebie. Pycha!

Jadąc na południe, słupek rtęci wraca na wyższe tony, jedziemy do Doliny Śmierci, gdzie mamy szansę zobaczyć testy wojskowych odrzutowców i jechać najdłuższą prostą ever. Stare kopalnie złota i dzikie konie. Człowiek wyobraża sobie dziki, nienauruszony ludzką ręką ląd, a i tak jest zaskoczony tym, co zastaje. Ruch na drogach minimalny,  turystów jak na lekarstwo – brawo my! – wygraliśmy chyba najlepszy czas na podróż.

I dalej przez Red Canyon, cudowne krajobrazy i wspaniała szansa zobaczenia najdłuższego zaćmienia księżyca XXI wieku w jednym z najciemniejszych miejsc na Ziemi, w Bryce Canyon. Wstajemy około 3 rano, żeby być wcześniej i zająć miejsca “przy barierkach”. Jakie jest moje zaskoczenie, że na najlepszym tarasie widokowym jest tylko jeden człowiek, z mega wypasionym aparatem.  Okazuje się, że to emerytowany strażak z Kolorado, który przyjechał specjalnie na zaćmienie. Zaczął robić zdjęcia hobbystycznie, a jego córka w tajemnicy podesłała je do lokalnej gazety. Teraz strażak ma płatne zlecenia, bo okazało się, że jest całkiem dobry w te klocki. Tylko z jedzeniem trochę tu słabo, głównie hotelowe knajpy, a szkoda, bo dobra micha gorącego jedzenia zawsze poprawia humor. Zrzucam to na karb teminu wycieczki, poza sezonem turystycznym.

Na zakończenie tej wyprawy pojechaliśmy do raju na Ziemii – Zion Park, a następnie do Joshua Tree, zobaczyliśmy nieziemski krajobrazy w Wielkim Kanionie i Kanionie Antylopy + za malinowe pikle i pyszne kanapki z pastrami na stacji benzynowej.

Horseshoe Bend jest imponujący, ale największe wrażenie robi na nas Kanion Antylopy. To miejsce z kosmosu, piękne światło, kolory i trafił nam się bardzo dobry przewodnik, który pstryknął nam kilka świetnych pamiątkowych fot. Należy tu nadmienić, że przez Kanion można przejść tylko z przewodnikiem i taka imreza kosztuje kosztuje około 80 dolców za parę, ale nie zastanawiajcie się, bo przeżycia są bezcenne. Warto też dodać, że do wszystkich pozostałych parków narodowych (nie stanowych) wchodzi się na jedną kartę za 85$, którą wykupuje się “na samochód”, 3 pasażerowie osobowego auta + kierowca mogą na nią wjechać do parku przez rok od daty kupna. Strażnicy przy wjazdach, którzy robili nam kontrolę byli wszyscy bardzo mili, dostaliśmy mapy i wskazówki, co warto zobaczyć. Ludzie ogólnie są bardzo pomocni, często pytajali nas skąd jesteśmy, ale też co sądzimy o Trumpie, jak Europa ich odbiera po wyborach.

Sama droga pomiędzy Grand Canyon a Joshua Tree to frajda, bo jedziemy historic route 66. Po drodze mijamy Williams AZ, sławny Roy’s Motel, czy Pioneertown. Miejscówki przenoszą w czasie. Wisienką na torcie jest świetny Diners, gdzie szamiemy typowe amerykańskie śniadanie, a na drogę pakują nam obłędny twinpeaksowy cherry pie.

Przy odrobinie wolnego czasu, można też porobić ciuchowo-kosmetyczne zakupy. Mnie udało się wyrwać kilka perełek, w tym wściekle różowe conversy za 17 dolców. Warto zahaczyć o TJ Maxx, jeśli jakiś jest po drodze.

Każdemu polecam wycieczkę na zachodnie wybrzeże Stanów. Planowaliśmy ją od dawna, pojechaliśmy dzięki szansie (tani lot). Chciałabym również podziękować Krytyce Kulinarnej za inspirację do wyjazdu i świetne rekomendacje i za motywację do założenia bloga 🙂